Impressum / kontakt

anegdoty zbierane

 

spis treści
Witkacy w anegdocie i opowieściach po roku 1945

 

 

 


Zdzisław Czermański,
karykatura S.I.Witkiewicza,
"Wiadomości Literackie" 1927, nr 30
  • Witkacy pokazuje Iwaszkiewiczowi "album osobliwości"
    "Witkacy miał swój 'album osobliwości'. W przystępie dobrego humoru pokazywał go przyjaciołom. Czego tam nie było! Kartki, rękopisy, pamiątki, zapiski, notesy. Zresztą Roman Jasiński uformował podług tego wzoru swój 'album osobliwości' i można z tego okazu sądzić, jaki był pierwowzór. Tylko że sięgał o parę dziesiątków lat wstecz w stosunku do albumu Jasińskiego.
    Wśród tych osobliwości z całkowitą swobodą Staś pokazywał cykl pocztówek (drukowanych) malarza Walerego Eliasza Radzikowskiego, który dostał pomieszania zmysłów na tle miłości do Ireny Solskiej. Staś z taką dezynwolturą dawał do obejrzenia te pocztówki, że oglądającym do głowy nawet nie przychodziło, że dotykają w tej chwili bolesnej sprawy z życia samego Witkacego.
    Pocztówki były nader dziwaczne, wszystkie przedstawiały zgrupowane sylwetki nagich kobiet, wszystkie one miały rysy jednakowe i wszystkie przedstawiały nagą Solską. A więc naga Solska czerpała wodę ze źródła, podawała ją drugiej nagiej Solskiej, inna naga Solska kąpała się przy tym źródle lub nachylała się nad nim z góry. Całe gromady nagich Solskich siedziały na nagich gałęziach drzew jak stada wróbli, i tak dalej."
    Źródło: Jarosław Iwaszkiewicz, Podróże do Polski, Warszawa 1977, s. 56
    Sylwety, seria ponad  43 pocztówek Stanisława Eliasza Radzikowskiego, Wydawnictwo Kart Pocztowych i Artystycznych Jana Czerneckiego, drukarnia Władysława Anczyca 1910-1911
    Prawie cała seria w Muzeum Historycznym Miasta Krakowa, Pałac Krzysztofory – online w zbiorach Cyfrowego Thesaurusa:
    Panna morska, Boginka, Myśli z dymem, Wietrznice,  Odwiedziny amorka, Złotymi włosy i pawim wiła ogonem...,  Kwiat nad wodą, Na turni, Ficus Carica, Myśli natrętne, Rajski ptak, Kiedy irysy kwitną..., W półcieniu, Greczynka, Igraszki,  Wiosna,   Pieśń o Aleksandrze Wielkim,  Psyche na skrzydłach Zefira, Menura superba, Łabędź, Woń wiosenna, Rybka, Kwiat nad wodą, Pląsy, Pościg, Jabłko..., Bajka, Tajemnica, Motyl, Ćmy, Winogrona, Jagódka, Kwiatuszki, Sto woni w każdym kielichu …

    (dodała Krystyna Damar)
  • Jesteśmy z Kominternu
    "Podczas przyjazdu Witkacego i Schulza do Warszawy przyjaciele spotykali się ze Szturm de Sztremem [Tadeuszem - T.P.]. W czasie tych spotkań nie obeszło się bez kawałów Witkacego. Pewnego zimowego dnia szli w trójkę pod rękę: w środku elegancko ubrany Witkacy (w palcie z bobrowym kołnierzem), a po bokach skromni - Schulz i Szturm de Sztrem. Nagle Witkacy, trzymając przyjaciół, podszedł do napotkanego policjanta i poskarżył się, że został napadnięty przez tych dwóch obdartusów... Innym razem weszli do jakiegoś bufetu, gdzie Witkacy poprosił o piwo i ponaglał: »ale szybko, bo jesteśmy z Kominternu«"
    Źródło: Artur Leinwand, Tadeusz Szturm de Sztrem, Warszawa 1987, s. 110.
    Nb. w tej książce informacja, że to właśnie Tadeusz Szturm de Sztrem jesienią 1945 r. odnalazł papiery Witkacego w piwnicy na ul. Grójeckiej i skontaktował się z Jadwigą Witkiewiczową w Krakowie w sprawieich przechowania... A jako pracownik PWN przyczynił się do wydania Nowych form w malarstwie w 1959 roku. (dodał Tomasz Pawlak)
  • Ich nazwiskami będą mianowali ulice
    Chodzą już po Zakopanem ludzie chmurni, dynamitardzi, pełni dynamitu, jak bomba. To są pionierzy, którzy powieją przez nie jak halny wiatr. (...) patrzą tu na nich trochę jak na demonów, trochę jak na wariatów. Witkiewicz i Stryjeńska są to zakopiańskie diabły, które straszą pod Gubałówką. Kiedyś jednak ich nazwiskami będą mianowali ulice.
    Źródło: Kornel Makuszyński, Pisane na śniegu, w: Kornel Makuszyński, Dziewięć kochanek kawalera Dorna i inne opowiadania. Pod redakcją Krystyny Kuliczkowskiej, Kraków 1983, Wydawnictwo Literackie, s. 310-311 (dodała Krystyna Damar)
  • "Panna Maria"
    Tak się jakoś utarło, że w owym czasie dość częstym gościem na obiadach i kolacjach w Kossakówce był Arturek [Artur Maria Swinarski]. Choć bez grosza przy duszy, zawsze wnosił ze sobą do domu wiele humoru i świetnych dowcipów. Często przekomarzał się z Madzią, a te ich pogwarki przybierały niekiedy charakter nie pozbawionych złośliwości dialogów. W tych ich potyczkach było coś z turniejów lub sportowych treningów tak koniecznych do życia zarówno jednemu, jak i drugiemu. Cięli się więc wzajemnie dość często - nigdy jednak oficjalnie. Zrozumiałe, że niekiedy obrywało się Madzi, która nie potrafiła się wówczas zdobyć na nic więcej niż: "Co też Artur opowiada". W takich sytuacjach Nina zacierała ręce z zadowolenia. Ale niech no by spróbowała się przyłączyć do koalicji antymadzinej. Natychmiast zostawała dotkliwie karcona, Artur jakąś kąśliwą uwagą sprowadzał ją w jednej chwili na ziemię. Prawo uszczypliwości pod adresem Madzi rezerwował wyłącznie dla siebie i nie zamierzał go z nikim dzielić. Niech ręka Boska broni tego, kto usiłował z prawa tego również skorzystać. W Arturze znajdował nagle swojego zawziętego wroga. I to tak bezwzględnie lojalnego, że ze świecą szukać.
       Któregoś wieczoru Nina postanowiła zrewanżować się Arturowi za uszczypliwości skierowane pod jej adresem. Od niechcenia przypomniała mu jak w latach dwudziestych sekretarzując podówczas Witkacemu, wykonywał różne posługi, którymi ona w najoczywistszy sposób pogardzała. Przypomniała mu z całą złośliwą satysfakcją także i to, że Staś nigdy nie zwracał się do niego inaczej niż tylko "panno Mario".
        Artur z rozbrajającym uśmiechem i wrodzonym sobie poczuciem humoru przyjmował wszystkie te złośliwości nie dając się sprowokować. Ironizując, podsuwał Ninie kolejne argumenty, przypominając o innych swoich obowiązkach wyznaczonych przez Stasia, ot, chociażby odkurzaniu i segregowaniu przeróżnych rupieci zbieranych z maniackim upodobaniem przez Witkacego, które były wówczas powodem do dumy. Eksponaty tej kuriozalnej galerii, chluba ich właściciela, znajdowały się w nieustannym ruchu. Przestawiane, segregowane, hierarchizowane, ciągle zmieniały swoje miejsce. Raz stawały z przodu, raz z tyłu, raz w świetle, to znów w ciemnym kącie. Jednak na honorowym miejscu stały zawsze te, których były właściciel cieszył się w danej chwili wysoką pozycją towarzyską i co ważniejsze - względami samego Mistrza. Inne grzęzły w mroku .Prawdziwy kalejdoskop.
        - Odkurzanie, przestawianie eksponatów - ciągnął Arturek - sprawiało mi ogromną przyjemność, ba, satysfakcję. Nie znosiłem natomiast podawania do stołu. To było obrzydliwe zajęcie. Ale z radością biegałem po papierosy, tytoń do fajki - bo to też należało do obowiązków sekretarza - i po gazety, które z największą skwapliwością czytałem przed oddaniem. Cóż, nie zawsze stać mnie było na kupienie prasy, a na świecie działo się tyle ciekawych i niezwykłych rzeczy.
        Swoje pełne kpin i ironii wspomnienie, w którym jednak pobrzmiewały nuty sympatii, zakończył puentą równie dwuznaczną jak cała opowieść, że był to najpiękniejszy okres w jego życiu, mógł bowiem służyć genialnemu człowiekowi - Witkacemu.
    Źródło: Zygmunt Niewidowski, 30 lat życia z Madzią. Wspomnienia o Magdalenie Samozwaniec, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk-Łódź 1988, s.67-68. (dodał Janusz Degler)
  • Okropne miny
    Anegdota o Januszu Minkiewiczu, Miniu
    "Urodził się 25 czerwca 1914 r. w Petersburgu (w PRL-u nie zgadzał się, żeby wpisywano mu w dokumentach "Leningrad") jako syn Wacława i Emilii z Rodziewiczów. Rodziców odwiedzał Witkacy i robił nad łóżkiem chłopca okropne miny. Minkiewicz się bał, więc gdy był niegrzeczny, straszono go przyjściem pana Witkiewicza. Witkacy namalował zresztą portret dorosłego Minia. Obraz spłonął w powstaniu warszawskim"
    Źródło: Jacek Szczerba, Tylko grafoman pisze za darmo, "Gazeta Wyborcza" 19-20 lipca 2014, s. 33.
    (dodał Tomasz Pawlak)
  • Na początku był śledź
    Jan Gondowicz: Izabela Czajka-Stachowicz, podówczas Bella Schwartz, młoda żona nie mniej młodego, a po latach sławnego socjologa Aleksandra, zjawiła się w Zakopanem w roku 1918 (por. Juliusz Żuławski, "Z domu", Warszawa 1979, s. 203). Pierwszą z poznanych w "Ładzie" osób był Witkacy.
    "Pan Stanisław Witkiewicz - przedstawiła mi Kazia [Kazimiera Żuławska] pana o rzeczywiście niepospolitej urodzie i przedziwnie mądrych, zielonych oczach. Siedział przy stole i mieszał w karafce wódkę aż z trzech butelek. Wstał – badawczo na mnie popatrzył i powiedział:
    – Na początku był śledź. [...]
    Rzeczywiście Witkiewicz powiedział prawdę. Na początek był śledź, i do śledzia wypiłam dwa wcale niemałe kieliszki. Skrępowanie i nieśmiałość prysła, nigdy jeszcze nie byłam wśród tak interesujących ludzi. [...]
    Po śledziu była zimna pieczeń z sałatą. Stanisław Witkiewicz jako zjawisko samo w sobie był zdumiewający. Mówił tego wieczoru bardzo wiele, a każde zdanie, każda myśl uderzały jakby kułakiem w pierś. Och, to była dopiero indywidualność! I nagle cała mądrość Olka i wszystkich moich przyjaciół z Warszawy wydała mi się nieporozumieniem. Bo to, co Witkiewicz mówił, było nie tylko nowe i nie tylko zadziwiające, ale dawało obraz zupełnie nieprzeczuwanych rzeczy."
    Źródło: Izabela Czajka-Stachowicz, "Pamiętam, jak dziś...", "Przekrój" nr 826, 5 II 1961, s. 17

    Ciąg dalszy trwał w Warszawie:
    "Muszę w tym miejscu wyjaśnić, że tatuś nie cierpiał Stasia i dochodziło między nimi do okropnych scen. Pamiętam, jak kiedyś przyszedłszy do domu zastałam Witkacego klęczącego u nóg ojca. Błagał go, żeby pozwolił zobaczyć się ze mną. Ojciec, korzystając z mojej nieobecności, właśnie nakazywał mu opuścić natychmiast nasz dom.
    Ojciec, ubrany w swój turecki szlafrok ze złotego brokatu przetykanego amarantowymi i szmaragdowymi nićmi, z czarną rozwichrzoną czupryną, z czarną brodą i czarnymi wąsami – może naprawdę cokolwiek przypominał Belzebuba. A Staś pod wpływem narkotyku (z którym się w tamtym okresie nie rozstawał), wielopłaszczyznowy Staś, kreował mistyfikacje tak w życiu, jak i w sztuce.
    – Ekscelencjo – jęczał u stóp tatusia. – Panie zastępów wygnanych aniołów... Udajesz starego Bertza, ale ja wcisnąłem się w piekielną szczelinę... i wiem...
    – Precz stąd! – ojciec palcem wskazywał drzwi. – Precz stąd, zatracony w rozpuście, nędzny pismaku! Wczoraj dałeś jej wąchać jakieś świństwo, w nocy płakała, skarżyła się, że ukradłeś jej nos. Co zrobiłeś z nosem mojej córki?
    Witkacy wił się na podłodze, wił się i jęczał.
    – Oskarżony jestem o kradzież nosa... Bella zgubiła nos i oświadczyła, że ja jej nos ukradłem... O, biada mi, biada! Mefistofeles-Belzebub-Lucyfer w jednej osobie chce mi odebrać nos Belli!"

    Wieczorem Witkacy wrócił z przyjaciółmi:
    "Oni byli naprawdę bardzo inteligentni i dowcipni [...]. Naturalnie, że na ten stan wpływał i alkohol, i narkotyczne specyfiki Stasia.
    Nie dosłyszałam, kiedy ojciec wrócił do domu. Przebywałam na lekko różowawej wyspie, dalekiej, pachnącej wyspie... Otaczały tę wyspę ciemnobłękitne wody. Staś piastował królewskie insygnia, a Dominik [Janusz Domaniewski] był dowódcą jego wojsk. Deborain [Janusz de Beaurain], jedyny wśród nas wojskowy, w mundurze generała, jako arcykapłan trochę się jąkał i trochę seplenił.
    – Ty – powiedziałam – ty będziesz naszym kucharzem i pamiętaj, że Witkacy jest bardzo wybredny... Puma, którą upolowałeś, nie była dosyć krucha...
    Nagle Dominik wstał z krzesła i z nienawiścią począł wpatrywać się w portret mojej babki, dzieło kuzyna mojego ojca, znakomitego artysty Henryka Glicensteina.
    – Kto to jest – krzyknął nagle – i jakim prawem tu przyszła?
    Witkacy podniósł się również z krzesła. – Daj spokój – powiedział – to jest dobrze malowane. Kim ona jest? Bella, kim jest ta starsza pani z kryzą pod szyją?
    – Moją babką – jęknęłam – dajcie spokój mojej babce. Ona nie żyje, a mój ojciec bardzo ją kocha.
    – Co? Starego Bertza zrodziła kobieta? Nie! To nieprawda! To jest wierutne kłamstwo!
    – Paf! Paf! – rozległy się strzały. Dominik strzelał z rewolweru. Z triumfem spojrzał na nas. Babci czoło przedziurawiła kula. Upojony zapachem prochu począł strzelać do innych obrazów, którymi obwieszone były ściany. [...]
    W tej samej chwili w przeciwległych drzwiach stanął ojciec. Był w piżamie w białobłękitne pasy, w ręku trzymał laskę zakończoną gałką z kości słoniowej. Dominik schował rewolwer. Leon Rangel [Leon Reynel] szarmancko zeskoczył z krzesła i w lansadach zbliżył się do tatusia. Z mojego pokoju dochodziło spazmatyczne ujadanie przerażonego pudla.
    – Szanowny pan pozwoli – jestem przyjacielem Witkacego – Leon Rangel.
    Tatuś podniósł laskę.
    – Nie pozwolę, niczego więcej nie pozwolę! Psiakrew, cholera, nie pozwalam!... Wynosić mi się zaraz, bo dzwonię po policję. Nędzne komedianty, kretyny, schoengeisty, ja wam pokażę! Nie dość, że dają im jeść i pić, a oni mi tu po nocy bałagan robić będą. Strzelać, strzelać im się zachciewa! To pan pewnie, panie generale, te wojskowe figielki.
    Deborain stał z opuszczoną głową; niestety, miał charakterystyczny tik – ruszał nią lekko z boku na bok, zacinał się w wymowie i jego niewyraźnie dukanie: »Istot-nie w ni-czym nie za-wi-ni-łem« doprowadziło tatusia do ostateczności.
    – No! Już was nie ma! Zabierać się! Dosyć tych głupstw! Bella, wyprowadź ich.
    Prosiłam ojca: – Tatusiu, jak możesz w ten sposób? Ty zupełnie nie zdajesz sobie sprawy, kim są ci ludzie!
    – Dosyć bredni! »Nie zdajesz sobie sprawy!« – przedrzeźniał mnie. – Świetnie zdaję sobie sprawę, kim mogą być przyjaciele tego faceta – i tu groźnie począł wymachiwać laską.
    Staś runął na kolana. – Lucyferze, Belzebubie, Mefistofelesie – sprzedam ci moją duszę!
    – Też interes – ryknął ojciec - lepszego towaru na zbyciu pan nie ma? Wy-no-cha!
    Powstrzymywałam z całych sił ramię tatusia. Ciężkimi krokami do pokoju wszedł Walenty. Dominik, Leon i Janusz starali się podnieść leżącego na ziemi Stasia. Nie miałam już sił, nie mogłam dłużej szarpać się z ojcem. Zmieniłam taktykę i od tyłu wskoczyłam mu na ramiona, trzymając się kurczowo jego szyi [...].
    To wszystko fatalnie wpłynęło na podrażnioną alkoholem imaginację Stasia. – Umieram – jęknął – oddałem duszę diabłu!
    I rzeczywiście zemdlał. Siedziałam wciąż ojcu na plecach i płakałam: »Zabiłeś Stasia, zabiłeś Stasia«. Janusz i Leon ratowali go i cucili, Walenty pomógł wreszcie położyć Witkacego na kanapie. Julcia przyniosła wodę z octem.
    Staś wrócił szybko do siebie. Ze zmoczonych kompresem włosów kapała na dywan woda. Usiadł z szeroko rozstawionymi nogami i błędnie wpatrywał się we mnie.
    – Boże! – wzdrygnął się – ona na nim galopuje, to jest jej koń. Straszne, okropne, tego nie można przeżyć. [...]
    – Dosyć, dosyć, idźcie do jasnej cholery..."
    I tak dalej.
    Źródło: Izabela Czajka-Stachowicz, "Języki flaminga z Witkacym", "Przekrój" nr 827, 12 II 1961, s. 6-7

    "Nieco później" (jak pisano na tablicach niemych filmów):
    "Mój tatuś okazał się małodusznym, nie był na wysokości zadania. Co dzień rano dzwonił Staś, i co dzień nieodmiennie powtarzała się ta sama między nimi rozmowa:
    – Halo! Czy mogę prosić do telefonu panią Bellę, tu Witkiewicz.
    – Niestety! Belle dziś zdechł, nie ma Belle – tatuś rzucał słuchawkę na widełki, zacierał ręce i dalej dyktował jakiś list sekretarce, pani Gryzolecie. Po paru chwilach rozlegał się dzwonek. Tatuś uradowany podnosił znowu słuchawkę:
    – Halo! Bardzo przepraszam, czy mógłbym poprosić do telefonu panią Bellę?
    Tu tatuś, absolutnie pozbawiony słuchu, nagle i nieoczekiwanie zaczynał śpiewać:
    Belle, Belle, Belle,
    zdechło już w niedzielę,
    a jej przyjaciele
    zdechną w tę niedzielę...
    [...]
    Staś desperacko podchodził pod nasz dom. Trzy frontowe okna na parterze, okna gabinetu ojca, stawały się oczyma cyklopa... Staś rzucał się w bramę... potem przemykał na podwórze. Okno mojego pokoju tam właśnie wychodziło... Zza okna dobiegał mnie zrozpaczony głos:
    – Bella, Bella, otwórz lufcik!
    Otwierałam lufcik. Staś podnosił głowę, oczy jego były pełne przerażenia i grozy.
    – Czy wiesz, że stary już od rana szaleje? Siedzi wysoko na szafie, nogami jak wskazówkami zegara wskazuje czas i jednocześnie wyśpiewuje kantyczki na cześć Lucyfera... Och, Boże! Jakże się go boję... boję... boję... musisz uciec z domu. On cię chce zaczarować... rozumiesz... on cię zaczaruje w... ha... pelargonię."
    I tak dalej.
    Źródło: Izabela Czajka-Stachowicz, "Głowa w lufciku", "Przekrój" nr 828, 19 II 1961, s. 14

    Wspomnienia – bądź, jeśli kto woli, "wspomnienia" – Izabeli Czajki-Stachowicz obejmują jeszcze jeden odcinek ("Dorożką w Aleje", "Przekrój" nr 829, 26 II 1961, s. 14-15), opisujący finał "romansu". Przepisać z niego warto tylko jedno zdanie: "Okropnie ciężko być Witkacym". (dodał i komentował Jan Gondowicz)
  • Wycinki
    Roman Jasiński, przy okazji omawiania swojej twórczości koncertowej przed wojną napisał: "Wszak to Witkacy mawiał: Pokaż mi Twoje wycinki, a powiem, kim jesteś!"
    Źródło: R. Jasiński, Koniec epoki. Muzyka w Warszawie (1927--1939), Warszawa 1986, s. 272. (dodał Tomasz Pawlak)
  • Skok z okna jako dowód miłości syna
    Stosunek Witkacego do matki był wzruszający. Kochał ją głęboko i w sposób swoisty.
    Bardzo charakterystyczną autentyczną anegdotę charakteryzującą doskonale jego stosunek do matki opowiadał mi w czasach późniejszych któryś z jego przyjaciół. Staś miał jechać do Australii. Przed samym wyjazdem, żegnając się z matką, powiedział:
    -Teraz mam do ciebie prośbę, ale czy obiecujesz mi, że zrobisz to, o co cię poproszę?
    Gdy zaś pani Witkiewiczowa, zdumiona, ale przyzwyczajona do ekstrawagancji syna, wyraziła po krótkich targach swą zgodę, Staś ciągnie dalej:
    - Błagam cię, mamo, wyskocz teraz przez okno!
    - Ależ, Stasiu, co ci w głowie!
    - Mamo, musisz to zrobić, błagam cię!
    Ponieważ mieszkanie było na niewysokim parterze, pani Witkiewiczowa w rezultacie nalegań syna uległa, wdrapała się na parapet i zeskoczyła.
    - No, widzisz, Stasiu, zrobiłam  o coś mnie prosił, powiedz mi więc teraz, o co ci chodziło zmuszając mnie do takich dziwacznych poczynań?
    - Dziękuję ci, mamo - na to Witkacy - teraz pojadę spokojny, gdyż wiem, że w razie pożaru dasz sobie radę i potrafisz się uratować.
    Źródło: Roman Jasiński, Witkacy,  w: Stanisław Ignacy Witkiewicz. Człowiek i twórca. Księga pamiątkowa pod redakcją
    T. Kotarbińskiego i J.E. Płomieńskiego, Warszawa 1957, s. 308-309
    (dodał z okazji Dnia Matki Janusz Degler)
  • Seans u fryzjera jako szansa przeżycia metafizycznej dziwności istnienia
    [Witkacy] skończył i niespokojnie spojrzał na zegarek.
    - Przepraszam pana, ale muszę wyjść. Akurat mam zamówionego fryzjera. Od pewnego czasu przestałem się sam golić. Chodzę co dzień, by podstawić gardło pod nóż facetowi, któremu zabrałem narzeczoną. Gdyby wbił mi brzytwę w gardło trochę głębiej, to by mnie za pięć minut nie było. Rzecz jasna: on ma na to ochotę straszliwą, a ja obserwuję w lustrze, jak w nim ta chętka narasta, i doznaję przy tym satysfakcji jedynych w swoim rodzaju, najwyższych i nie dających się niczym zastąpić. Naturalnie boję się piekielnie. Ale w żaden sposób nie potrafię z tego zrezygnować, wobec czego regularnie te próbę ponawiam. I jak dotąd jeszcze wychodzę z niej cało. Ale w miarę zacieśniania się mojego związku z jego pieszczotką ruchy brzytwy stają się coraz bardziej dramatyczne. Ostrzegam, że lada chwila mogę paść z głęboko poderżniętą krtanią w atmosferze doskonałego upozorowania mechaniki nieszczęśliwego wypadku.
    - Czy to także daje panu poczucie metafizycznej dziwności istnienia?
    - Ależ naturalnie. Tak maksymalnie zdynamizowany kontakt dwóch kontrowersyjnie usposobionych Istnień poszczególnych (JP) doprowadza życie do stanu intensywności absolutnej. I dlatego ja na ten seans oczywiście nie mogę się spóźnić!
    Źródło: A. Łaszowski, Wspomnienie o St. Ignacym Witkiewiczu, "Życie i Myśl" 1968, nr 3, s.77 (dodał Janusz Degler)
    [W 1936 r.  Witkacy uwiódł 17-letnią Marię Zarotyńską, przyjaciółkę Adolfa Pinno, właściciela zakładu fryzjerskiego w Zakopanem, u którego pracowała jako manicurzystka - zob. S. Okołowicz, Nieznana kobieta w życiu Witkacego, w: Witkacy. Materiały sesji poświęconej S.I. Witkiewiczowi w 60. rocznicę śmierci. Słupsk, wrzesień 1999. Red. A. Żakiewicz, Słupsk 2000 - przyp. J.D.] 
  • Będę malował tapety...
    Ze wspomnieniami z wcześniejszego zakopiańskiego okresu i naszego zamieszkiwania w willi "Marylor" nierozerwalnie wiąże się piękna postać właścicielki tej willi, pani Lori Szczeniowskiej. Piękność pani Szczeniowskiej wzbudzała zachwyt wszystkich, którzy się z nią zetknęli, a szczególnie fascynowała artystów malarzy. Miała ona wiele swoich portretów robionych w Paryżu, Wiedniu i na Riwierze. Dla nas i naszych przyjaciół było wielką zagadką, dlaczego właśnie Witkacy nie chciał jej nigdy portretować. Pragnąc zaspokoić naszą ciekawość, zapytaliśmy się samej pani Lori, czy rzeczywiście Witkacy nie robił jej portretu i dlaczego. Pani Szczeniowska opowiedziała nam takie charakterystyczne dla Witkacego-artysty zdarzenie:
    - Mój mąż chcąc, aby Witkacy mnie portretował, poprosił przez znajomego o wyznaczenie dnia i godziny, o której mogłabym przyjść pozować, na co dostał odpowiedź: "Nigdy... bo zmieniam fach i będę malował tapety, to mniej nudne od portretowania".
    Wobec takiej relacji przy najbliższej okazji poprosiliśmy Witkacego o wyjaśnienie tej dziwnej odpowiedzi,. Zagadnięty odparł mojemu mężowi i mnie:
    - Ja???? Portretować panią Lori? To byłoby straszne patrzeć godzinami na twarz, w której wszystko jest obliczone centymetrem i cyrklem. Nie! Nie wytrzymałbym tej potwornej nudy.
    Źródło: Maria z Łozińskich Łozińska Hempel, Z łańcucha wspomnień, Kraków-Wrocław 1986, s.116.
    (dodał Janusz Degler)
  • Głodomór w szafie
    Witkacego poznałam w sierpniu 1939. Ojciec zabrał wtedy Teresę i mnie do Zakopanego. Krupówkami szedł Witkacy w pelerynie i w pumpach. Ojciec przywitał się i mówi: "Widzisz, Stasiu, to są moje córki".
    Ten spojrzał na nas ponuro. "Wychynęły się z nicości" - powiedział. I poszedł.
    Mama go bardzo ceniła, a on ja lubił i traktował serio. Chyba dlatego, że była inteligentna, a poza tym nie mogło być mowy o żadnych podtekstach erotycznych. Do końca życia odgrywała jego "sztuczki". Była opowieść o tym, jak to przyjechał do Zakopanego pan Węborek i w straszliwą nawałnicę Witkacy wiózł go daleko, aż za Jaszczurówkę do pani Szporek. Mama pyta: "Stasiu, po coś ty wlókł tego pana do pani Szporek?". A Witkacy: "Dla rymu".
    Poza tym Witkacy miał umiejętności brzuchomówcze. Na przykład podczas rozmowy podchodził do wielkiej szafy, która stała w jego pokoju, i zaczynał się mocować z drzwiami, jakby w środku był ktoś, kto próbował się wydostać, a on go wpychał z powrotem. Krzyczał przy tym: - Nic nie dostaniesz. Siedź tam. - A "zza drzwi" dobiega błagalny głos: Tylko omlecik, omlecik...
    To była historia pod tytułem "Głodomór w szafie".
    Źródło: Maria Iwaszkiewicz, Z pamięci. Przygotował do druku  Piotr Mitzner, Warszawa 2006, s.85-86.
    (dodał Janusz Degler)
  • Lepsza pielgrzymka do Częstochowy niż kopiowanie koni...
    Pogoda była paskudna, więc nie mając co robić, z nudów kopiowałam sobie konie z albumu znanych malarzy i wydawało mi się, że niektóre moje kopie były wcale dobre. Byłam więc zadowolona, gdy wuj Witkacy któregoś dnia stanął za mną, przyglądając się chwilkę mojej robocie. Raptem usłyszałam potok nieprzyjemnych słów wypowiedzianych szyderczym głosem, a odnoszących się do mojego bezmyślnego, jak stwierdził kopiowania.
    "I co - szydził - nazywasz to rysunkiem i myślisz, że zostaniesz znaną artystką?"
    Zapewne nie jest dobrze, gdy starsi przesadnie chwalą dziecinne artystyczne próby, ale takiego histerycznego, brutalnego rozprawienia się ze mną nie mogłam ani zrozumieć, ani zapomnieć. Wyszłam prędko z psami na daleki - zabroniony - spacer, żeby ochłonąć i osuszyć łzy. Myślałam sobie, że coś musi być z nim źle, skoro tak bardzo chciał mi dokuczyć, nie wiem właściwie dlaczego. Chyba mu nawet współczułam. Podobno Witkacy po tym incydencie również poszedł na spacer, tylko w drugą stronę i na krótko, a ja przy mojej teczce znalazłam obrazek, który namalowałam kiedyś z pamięci, a który przedstawiał pielgrzymkę do Częstochowy, z jego karteczką, że na "to"  to jeszcze mógłby patrzeć. Dziwnym zbiegiem okoliczności ten mój malunek przywiozła mi siostra Zosia w latach sześćdziesiątych do Londynu, bo go gdzieś w papierach swoich znalazła.
    Źródło: Aniela z Belinów Kowalska, Niczego nie żałuję..., Warszawa 2009, s. 20-21. (dodał Janusz Degler)
  • Jak Witkacy zapobiegł kanibalizmowi...
    Pamiętam jeden z wieczorów w czasie pobytu u nas Witkacego. Było to podczas kolacji. Atmosfera przy stole panowała wesoła, ponieważ uroczy Staś umilał ją szczekaniem, pianiem, gdakaniem, słowem wszelkimi możliwymi produkcjami.
    Kilka kuzynek nie przyzwyczajonych do tego rodzaju "wytwornych form towarzyskich" wpatrywało się w Witkacego ze zgrozą i oburzeniem. W pewnej chwili jedna z młodych panienek siedzących przy stole ułamała delikatnie kawałek piaskowej babki. Babka leżała na talerzyku przed matką dziewczyny. W tej chwili zrywa się z miejsca Witkiewicz, wołając do struchlałego biedactwa przerażonym głosem: "Niechże pani nie zjada babki swojej matki!"
    Źródło: Jarosław Miciński,. Witkacy, "Stolica" 12 stycznia 1969, s.14. (dodał Janusz Degler)
  • Rysopis Neny Stachurskiej
    Rysopis
    :
    Oczy - śliczne i nieprzytomne
    zresztą niebieskawe - źrenice bardzo rozszerzone
    nos - jak to teraz mówią "falisty".
    usta - jadowito uśmiechnięte ale względnie dobrze narysowane, choć nieco miejscami pod względem wywinięcia à la Van Dyck przesadzone.
    (oczywiście jak na dzisiejsze czasy)
    Włosy - niemożliwie wijące się
    Owal - umiarkowany
    wzrost - mierny ale nie mizerny.
    W ogóle tak, ale po co o tem gadać.
    Rysopis opublikował Andrzej Kostołowski w artykule Firma Portretowa "S.I.Witkiewicz". Próba interpretacji, "Studia Muzealne", tom VII: 196, s.77-98. (dodał Janusz Degler)
    por. np. portret Neny Stachurskiej z 23.4.1931 w zbiorach Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku
Witkacy
  • Apage satanas...apage...apage...
    W owych odległych petersburskich czasach poznałam również Witkacego. Było to zimą 1915 roku; odrabiałam lekcje w pokoju bibliotecznym u Żukowskich, gdy wpadła Lula [Teresa Żukowska]. W ręku trzymała kawałek sznurka.
    - Chodź do salonu - szepnęła mi na ucho, by nie zbudzić czujności wkuwającej pod oknem Kuki [Jadwiga Żukowska] - przywiążemy Stasia.
      W głębi pustego salonu pod oknem siedział na fotelu ktoś w mundurze rosyjskiego oficera, odwrócony do nas plecami, zatopiony w lekturze. W gwarnym zazwyczaj domu Żukowskich panowała głęboka cisza. Przeczołgałyśmy się przez cały salon. W momencie gdy byłyśmy o parę kroków od Stanisława Ignacego Witkiewicza, ten nagle odwrócił się, wtulił głowę w ramiona, utkwił w nas ciemne, gorejące oczy i robiąc straszliwe  "szatańskie" miny zasyczał: "Apage satanas...apage...apage..."
      Było to tak nieoczekiwane, że jednym skokiem poderwałyśmy się na nogi i z krzykiem uciekłyśmy z salonu.
    Źródło: Zofia Stulgińska, Gruszki na wierzbie. Wspomnienia, Warszawa 1972, s.97. (dodał Janusz Degler)
  • Pożyczka, czyli pierwszy krok do moralnego upadku
    Kiedyś po pewnych poprawinach u Bielatowicza Witkacy zauważył, że zamiast za swe trunki i przekąski zapłacić gotówką - podpisałem rachunek. Popatrzył na mnie z ukosa i powiedział, że chce porozmawiać ze mną na osobności, ale któregoś dnia, kiedy będziemy zupełnie trzeźwi.
    Więc zaprosił mnie na obiad do siebie, na koniec tygodnia. Na obiad bez alkoholu. Oznaczonego dnia stawiłem się i w pokoju pani Witkiewiczowej we dwójkę zasiedliśmy do okrągłego stolika. Chodziłem jeszcze podówczas o kulach i mogłem mieć dwadzieścia i kilka lat. Byłem bardzo ciekawy zapowiedzianej rozmowy, ale zupełnie nie spodziewałem się jej obrotu.
    - Widziałem, jak podpisałeś rachunek u Bielatowicza - powiedział Witkacy.
    - Rachunek? Ja? A tak, rzeczywiście - roześmiałem się. - A o co chodzi?
    - A czy ty liczysz na jakieś pieniądze, z których mógłbyś w przyszłości ten rachunek spłacić?
    Znowu się roześmiałem. - Wiesz, nawet o tym nie myślałem.
    - W tym nie ma nic śmiesznego - zauważył Witkacy.
    Spojrzałem na niego ze zdziwieniem: takiego Witkacego jeszcze nigdy nie widziałem. Twarz, taka zazwyczaj elastyczna, była nieruchoma, prawie gipsowa. Brwi miał ściągnięte.
    Ojciec mnie odumarł, kiedy bylem małym chłopakiem, więc właściwie nigdy ojcowskich reprymend nie zaznałem. Przypuszczam jednak, że ojciec lub wuj, strofujący swego smarkatego siostrzeńca, tak powinien był wyglądać, jak Witkacy w tej chwili.
    Z pewnym obrzydzeniem i surowością dał mi nauczkę, którą zapamiętałem na całe życie. Szło mu o porządność moralną, o etyczną przyzwoitość. Dobrze wychowany pod względem moralnym człowiek nie zaciąga pożyczek wówczas, gdy nie ma pewności, że je spłaci. Moje zachowanie się u Bielatowicza nazwał moralnym niechlujstwem i przestrzegł mnie, że stawiam kroki na pochyłej ścieżce, na której z czasem się wywrócę i upadnę. Moralny upadek w sprawach pieniężnych jest jednym z najbrzydszych upadków i co gorsza - pociąga za sobą inne pośliźnięcia się.
    Był bardzo potępiający w słowach i dodał, że jako uczciwy człowiek nigdy, ale to przenigdy nie przyjaźnił się z kimś, kogo nazwał po raz drugi moralnym niechlujem.
    Źródło: Michał Choromański, Memuary, Poznań 1976, s. 70-71. (dodał Janusz Degler)
  • Z żoną będę kontynuował
    Jest 1937 r. Wiosna w Krakowie. Ojciec, stary Sinko (Tadeusz, filolog klasyczny), z młodym Sinką (Grzegorz, 14 lat, w przyszłości również profesor filologii, ale angielskiej) wybierają się na spacer na Planty. Spotykają Witkacego. Tadeusz wita się wylewnie, nie widzieli się od miesięcy. – "Niech Pan spojrzy na tę ścianę" – Witkacy wskazuje świeżo odnowioną elewację budynku obok. – "Przecież to wygląda jak obrzucone gównem". – "Widocznie autor naczytał się pańskich teorii o czystej formie" – komentuje złośliwie stary Sinko. – "Zrywam znajomość" – obraża się Witkacy – "Z żoną będę kontynuował". Odchodzi.
    Żródło: Ewa Winnicka, Śmierć profesora, „Polityka” 2000, nr 17, s. 32. (dodał Tomasz Pawlak)
  • Dobre serce
    Spotykali się także w Warszawie, Gienia bywała na Brackiej. Kiedyś spotkała tam w drzwiach kogoś wychodzącego, bardzo zabiedzonego i ubogo ubranego.
    W[itkacy] wyjaśnił, że to jakiś biedny jegomość, który przyniósł mu swoje utwory literackie, Witkacemu się spodobały i postanowił mu pomóc. Chciał je gdzieś umieścić (Genia nie wie, kto to był i co za "utwory"), tymczaserm ubrał faceta, dał mu pieniędzy i namalował jego trzy portrety, bardzo znakomite. Genia namawiała, żeby W[witkacy] zachował te portrety, bo u właściciela zmarnieją (mieszkał gdzieś niemal pod mostem), ale W[itkacy] odparł, że "ja to robiłem dla niego i on to będzie miał, może sprzedać, żeby zarobić". Przykład dobrego serca W[itkacego] i jego zainteresowania losami bliźnich.
    Żródło: Rozmowa z Eugenią z Wańkowiczów Bundykową, w: Anna Micińska, Wędrówki bez powrotu, Warszawa 2008, s.217. (dodał Janusz Degler)
  • Jak się bronić przed włamywaczami i jak wchodzić do gabinetu dentysty
    Lubiliśmy szalenie, kiedy Witkacy przychodził wieczorem. Siedzieliśmy wszyscy pod lampą dookoła stołu i śmiałyśmy się razem z dorosłymi z ich opowiadań, dowcipów i błazeństw. Nagle Witkacy milkł, nadstawiał ucha, kładł palec na ustach i zduszonym szeptem mówił: "Już są. Są za drzwiami. Sześciu. Będą się włamywać. Trzeba podeprzeć drzwi, już wchodzą!". Zrywał się i przy drzwiach zaczynał z sapaniem, wysiłkiem i szarpaniem powstrzymywać napierających z tamtej strony. Drzwi trzeszczały, wyginały się, mogłyśmy na to przysiąc, ogromny Witkacy walczył jak lew, wydawało się, że za chwilę drzwi otworzą się z trzaskiem i straszna banda wpadnie do środka. Wreszcie obrońca padał na krzesło z okrzykiem: "Odeszli! Zwyciężyłem". Powtarzał ten numer wiele razy, zawsze z pełnym efektem..
    Albo też, kiedy już było późno, wstawał od stołu, żegnał się ze wszystkimi i szedł w stronę drzwi, odwracając się jeszcze do nas z uśmiechem, i kiedy już miał przekroczyć próg, trafiał niby głową w futrynę. Rozlegał się straszny trzask i Witkacy padał jak pień na wznak na ziemię i zostawał tam zabity i nieruchomy, z tą rozwaloną o framugę czaszkę. Tak mi kiedyś powiedział w największej tajemnicy: "Pamiętaj, Muma, zawsze jak idziesz do dentysty, to przed jego gabinetem padnij na czworaki i tak do niego wejdź. Dentyści szalenie boją się pacjentów na czworakach, a jak dentysta się boi, to już wszystko nie jest takie straszne, ja to zawsze robię!". Nie chodziłam jeszcze wtedy do dentysty, ale coś z tego sposobu zostało mi w pamięci na całe życie. 
    Źródło: Monika Żeromska, Wspomnienia, Warszawa 1993, s.120-121.  (dodał Janusz Degler)
  • Portret do straszenia niegrzecznych dzieci
    Pewnego wieczoru - było to w zimie - Witkacy zaproponował, że zrobi mój portret. Nie uśmiechało mi się to zbytnio, gdyż obawiałem się, że pociągnie to za sobą kilka długich i męczących seansów, ale nie śmiałem odmówić. Witkacy posadził mnie więc w fotelu, wyciągnął wielką kartę niebieskiego papieru i zabrał się do roboty. Byłem bardzo zdumiony, gdy w pół godziny później oznajmił mi, że skończył pracę. Nosiłem wtedy bródkę w kształcie łopatki, Witkacy zrobił mi ogromne, znacznie większe niż w rzeczywistości czarne oczy i obok twarzy namalował wiele żółtych kresek, co sprawiało wrażenie błyskawic lub płomyków. W sumie dało to portret stosunkowo realistyczny, na którym sprawiałem wrażenie Mefista. Oczywiście, nie mogłem odmówić przyjęcia tego portretu, który okazał się bardzo pożyteczny. Najpierw przez pewien czas zawieszony w mieszkaniu, służył do straszenia niegrzecznych dzieci ( "jak nie będziesz jadł, Janek zejdzie z obrazu, a  wtedy zobaczysz..."), następnie wykorzystałem go do zilustrowania mojej powieści filmowej Bankructwo prof. Muellera. Przedstawiał on w niej niemieckiego neomaltuzjanistę prof. Gwidona Muellera. Niestety, przepadł w czasie wojny i zachowała się tylko jego reprodukcja w jednym z nielicznych egzemplarzy tej książki, którą można znaleźć w Polsce tylko w Bibliotece Narodowej, a za granicą - w Bibliotece Polskiej w Paryżu.
    Źródło: Jan Brzękowski, W Krakowie i w Paryżu. Wspomnienia i szkice, Warszawa 1968, s. 49. (dodał Janusz Degler)
Portret Jana Brzękowskiego wykonany przez Stanisława Ignacego Witkiewicza, użyty jako ilustracja do powieści Brzękowskiego Bankructwo prof. Muellera

Witkacy
  • Sto procent pustki
    "Witkacy również stawiał kabałę, ale zazwyczaj rozkładał karty, mówił ponuro: »Sto procent pustki!« i mieszał karty z powrotem."
    Źródło: Magdalena Samozwaniec, Zalotnica niebieska, Świat Książki, Warszawa 1997, s. 196.
    (dodał Jan Gondowicz)
  • Wściekły Otello
    W czasie jednego z sympozjonów była u nas nasza kuzynka Józefowa Głębocka i przyprowadziła swą bardzo piękną przyjaciółkę, panią Myszkowską, która nie znała nas, ale bardzo pragnęła poznać Witkacego. Witkacy narysował bardzo ładny jej portret, który, jak zwykle bywało, ofiarował nam. Teraz rozpętała się istna burza, bo do Zakopanego przyjechał mąż pięknej pani i szalenie się oburzył, że jego żona mogła zostawić swój portret u obcych ludzi - co sobie mogą pomyśleć o tym inni, co będą mówić! Pani Myszkowska przybiegła do nas ze łzami w oczach i błagała, by dać jej ten portret. Byliśmy w wielkim kłopocie, bo pomijając to, że żal nam było go oddawać, to najważniejsze było, czy Witkacy nie obrazi się, że oddaliśmy to, co nam tak hojnie darował. Prosiliśmy go, ale za nic nie chciał się zgodzić, mówiąc:
    - Chcę, by ten portret był u państwa, a nie u obcych mi ludzi.
    Gdy w końcu przedstawiliśmy Witkacemu bardzo obrazowo wściekłość zazdrosnego jak Otello męża i rozsnuliśmy perspektywę, że przez nas i ten portret gotów jest może zadusić swoją żonę, Witkacy zgodził się na oddanie rysunku. W Zakopanem nazwano to "walką niezwykłą", gdyż nie zdarzyło się, by Witkacy nie wygrał i nie obraził się. Tak straciliśmy dzieło sztuki, ale groźna burza małżeńska została zażegnana. Chyba na wszelki wypadek zaraz po załatwieniu tej sprawy zazdrosny mąż wywiózł piękną żonę z Zakopanego.
    Żródło: Maria z Łozińskich Łozińska Hempel, Z łańcucha wspomnień, Kraków-Wrocław 1986, s. 116-117.
    (dodał Janusz Degler)
  • Samarytańskie ratownictwo
    Zawsze  podejrzewałem go - chyba nie bez słuszności - o próbę wywołania wokół własnej osoby podniecającej tajemniczości, nawet podejrzanej. Szło po prostu o epatowanie własną nadzwyczajnością filistrów (którymi byli w zasadzie wszyscy poza nim), co wynikało znowuż - kto wie, czy nie z poczucia wyjątkowej odrębności i tym samym osamotnienia. Na pewno było też nieco blagi i przekornej drwiny z drugich, nawet w dziedzinie osławionej narkomanii.
    Charakterystyczny dla tego nabierania otoczenia jest szczegół, który opowiadał mi Włodzimierz Wnuk, zbierający anegdoty z życia zakopiańskiego. Otóż Witkacy uprawiał zimą taki sport, że przygodnego towarzysza spaceru obalał w zaspę śnieżną, w której go dokładnie wytarzał. Po czym dobijał się do najbliższej willi alarmując i wołając o ratunek dla człowieka zamarzniętego, na którego na ulicy się natknął. Wśród zrozumiałego podniecenia wnosił sponiewieraną ofiarę do wnętrza i żądał gromko od przestraszonych mieszkańców gorącej herbaty i oczywiście gorących napojów, które znoszono na wyprzódki.  Cucąc tak ofiarę mrozu, sam też korzystał ze środków ratunku. A następnie  wraz z odtajałym bohaterem wieczoru spożywał obfity posiłek zakropiony alkoholem, zastawiony przez gospodarzy, uradowanych, że tak  szczęśliwie wszystko się skończyło przy ich pomocy w dziele samarytańskiego ratownictwa.
    Źródło: Tadeusz Kudliński, Młodości mej stolica. Wspomnienia krakowianina z okresu między wojnami. Kraków -Wrocław 1984, wyd. drugie, poszerzone, s.412-413. (dodał Janusz Degler)
  • Piersi mogą w ogóle nie istnieć...
    Znałam Witkacego bardzo mało, byłam dopiero początkującą pisarką, toteż zdziwiłam się bardzo, kiedy zapukał do drzwi pensjonatowego pokoju, w którym mieszkałam od paru dni, przybywszy do Zakopanego zimą. Wszedł, usiadł, wlepił oczy ponuro w podłogę i milczał. Nie bardzo wiedząc, co robić, poczęłam go "bawić" rozmową. Moje usiłowania trafiały w próżnię. Po pewnym dopiero czasie Witkacy podniósł głowę, przeszył mnie na wskroś spojrzeniem  swoich groźnych oczu i zapytał z drwiną:
    - Pani się podobno przyjaźni z Boyem? Tak? No, oczywiście!
    - A co się panu w tym nie podoba?
    - A co ma mi się podobać? Kobietki lecą na Boyusia. Numerek niezawodny. Phh! - prychnął z pogardą.
     Była to pogarda dla pospolitości, małości, łatwizny, dla tego wszystkiego, do czego on, wielki, się nie zniżał. Wściekłość mnie ogarnęła - tym tonem mówić o Boyu! Powiedziałam sucho:
    - Nie zamierzam z panem mówić o Boyu. I bardzo przepraszam, ale czekają na mnie.
    - Odchodzę wtedy, kiedy sam uznam za stosowne - powiedział, znów oczy wbił w podłogę i zamilkł na długo. Kręciłam się niespokojnie na krześle. Właściwie nie wiedziałam, co robić. Witkacy nagle uczynił, nie podnosząc ciężkich powiek, dość osobliwe wyznanie:
    - W kobiecie interesują mnie tylko usta, nogi i środek. Piersi dla mnie mogą w ogóle nie istnieć.
    Źródło: Irena Krzywicka, Wielcy i niewielcy, Warszawa 1960, s. 208-209. (dodał Janusz Degler)
    Zob. też: Portret Ireny Krzywickiej, 16/17 XI 1928, Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku
  • Powiedzenie
    "Stając oko w oko z jego malarstwem, należy nawet, być może, zapomnieć, że był on też pisarzem, zapomnieć o jego Czystej Formie i o powiedzeniach w rodzaju: »Trudniej jeszcze niż malować w stylu Giotta jest np. chodzić na linie«."
    Źródło: Ignacy Witz, "Witkacy", w: "Obszary malarskiej wyobraźni", Wydawnictwo Literackie, Kraków 1967,
    s. 32.
    (dodał Jan Gondowicz)
  • Pięćdziesiąt kroków w tę i w tamtą
    "Witkacy pisał o malarstwie Rafała [Malczewskiego], nazywając je w przeciwstawieniu do surrealizmu hipperrealizmem i dopatrując się w jego lekkiej, ledwo zaznaczonej deformacji czegoś jak karykatury, mającej na celu wydobyć »potworność pospolitości i pospolitość dziwności«. Łączyło ich nieco drwiące spojrzenie na ludzi, poczucie niedorzeczności świata. Ten swoisty absurdyzm u Witkacego, wiadomo, doprowadzony był do genialności. Potrafili odprowadzać się wzajemnie po nocy, robiąc tych samych pięćdziesiąt kroków w tę i w tamtą przez trzy godziny zapamiętale rozgadani i nie mogący się nagadać".
    Źródło: Aleksander Janta, Lustra i reflektory. Wybór i przedmowa Michał Sprusiński, Warszawa 1982, s. 235.
    (dodał Tomasz Pawlak)
  • Zaręczyny z bandytą i mordercą
    Zimę 38/39 Gienia [Bundykowa] spędziła całą w Zakopanem. Mieszkała w pokoju z siostrą Sławoja Składkowskiego - niezamężną nauczycielką. Któregoś dnia Witkacy zaprosił Gienię do siebie, do Ciotek, na piątą, że spotka tajemniczego "kogoś". Tym kimś okazał się Sergiusz Piasecki, do którego nota bene Genia napisała spontanicznie list po przeczytaniu Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy - bardzo serdeczny, entuzjastyczny i życzliwy, choć go na oczy nie widziała. Piasecki miał specjalny, tajemniczy chód, twarz nieprzyjemną, niebudzącą ufności. Rozmowa była żadna, ale kiedy Pias[ecki] zidentyfikował Gienię, jako autorkę listu, zmiękł i miło odwiózł ją do domu. W kilka dni potem Pias[ecki] przyjechał z W[arszawy] do Sanatorium. Na ścianie pokoju wisiały dwa portrety Składkowskiej przez Witkacego - jeden en beau i drugi "karykaturalny". Piasecki długo wpatrywał się w ten drugi. Weszła Składkowska i zrobiła uwagę, że powinien raczej oglądać portret pierwszy. Piasecki skontrował, że interesuje go właśnie osoba odmalowana na drugim i że z taką mógłby się nawet ożenić. Składkowska "kupiła" i zaproponowała zaręczyny, których formalnie dokonano w obecności Gieni i Witkacego. Witkacy szalał z radości, gdyby mógł, skakałby pod sufit, rozsadzało go na myśl o takiej konfiguracji: "Bandyta, morderca, z siostrą Składkowskiego"!!! Piasecki potem spotykał się z "narzeczoną" i może nawet, gdyby nie wojna, coś by z tego i wynikło...."
    Żródło: A. Micińska, Rozmowa z Eugenią z Wańkowiczów Bundykową, w: Wędrówki bez powrotu. Przedmowa
    A. Dobosz. Wybór i opracowanie P. Kądziela, Warszawa 2008, s.217-218.
     (dodał Janusz Degler)
  • Historia chorego kotka
    Opowiadał nam Witkacy, jak odrzucając wszelkie szablony wychowywał go ojciec:
    – Wychowywałem się tak na dziko, ale jakoś inteligentnie. Uczono wtedy wszystkie dzieci dużo wierszy, mnie nigdy. Nauczyłem się jednak jednego, ale z własnej woli, bo mi się podobał, i zawsze go pamiętam: "Kulawy kotek szedł sobie drogą, a ktoś niebaczny trącił go nogą. Co ci zawinił biedny kocina?..." – takie wzruszające są przecież te słowa: biedny kocina.
    – Ilonko – zapytał – czy naprawdę chciałaś, żebym wpisał się do twego pamiętnika? Jeżeli tak, to daj, a wpiszę się.
    I tak, w 1928 roku, powstał ten uroczy a przedziwny rysuneczek, unikat w twórczości Witkacego, taka historyjka o chorym kotku, taka dziecinna, a jednak jaką siłą magnetyczną promieniują oczy higienisty; a ta super naiwna mina typowej szpitalnej salowej, mina beztrosko obojętna, bo nic ją nie obchodzi. No, a ruch tego asystenta, przecież go aż skręca złośliwość, z jaką krytykuje diagnozę doktora - tak, mnóstwo rzeczy można wyczytać z tego rysuneczku. Nic też dziwnego, że potem, w tym samym pamiętniku mojej córki, artysta malarz Tadeusz Cybulski wpisał 11 marca 1930 roku tę refleksję:
    W obliczu ćwiartki papieru, którą Witkacy otwarł kartki pamiętnika, zmartwiał w mej ręce ołówek i zakrzepł mózg  w mej czaszce. Bo jednak ta pozorna "bzdura" jest kapitalnym kawałem, a równocześnie pełnym wnikliwości spojrzeniem w życie. Takiego bowiem wpisania można dokonać, będąc nieprzeciętnym, i tylko w pamiętniku kogoś, kto przeciętnym nie jest...
    Źródło: Maria z Łozińskich Łozińska Hempel, Z łańcucha wspomnień, Kraków-Wrocław 1986, s.106.
    (Dodał Janusz Degler z dedykacją dla Joasi i Janka Gondowiczów)
Witkacy
  • PPR - PPA
    Korzystając z kilkudniowej nieobecności mojego męża, Witkacy zrobił mój portret jako niespodziankę dla niego. W czasie gdy pozowałam, mówił, iż portret ten będzie figurować w jego "książeczce zamówień" jako typ niewylizany. Rysował w wesołym nastroju i prędko, tak że w dwie godziny dzieło było gotowe. Poszedł pokazać je matce, a potem ostrożnie zawinął w rulon i polecił, bym go oddała jego ramiarzowi, z tym jednak zastrzeżeniem, by odwinął go sam majster. On jeden to potrafi i zna się na tym, a to bardzo delikatny pastel. Gdy weszłam do ramiarza, powitał mnie młody pomocnik czy czeladnik i chciał zaraz rulon rozwijać, lecz mu go odebrałam tłumacząc, iż pan Witkacy nakazał, by tylko sam pan majster to zrobił. Młody człowiek spojrzał na mnie złym, niechętnym okiem, a z drugiego pokoju odezwał się majster, wołając:
    – Jestem chory, ale jutro wstanę i zajmę się tym zaraz, proszę położyć tam na półce.
    Gdy wychodziłam, ścigał mnie chmurny i ironiczny wzrok owego czeladnika. Żałowałam, że zostawiam portret, miałam uczucie, że mu coś zagraża, lecz trudno już było wracać i go odbierać. Na drugi dzień rano ktoś zapukał gwałtownie do moich drzwi - tknęło mnie, iż pewnie coś złego stało się z moim portretem... I rzeczywiście, w drzwiach stał ramiarz z rulonem w ręku i zrozpaczony wołał:
    – Coś okropnego! Nie rozumiem, jak się to stało, plamy na twarzy i szyi, co powie Witkacy?
     Zdenerwowałam się i zaraz powiedziałam:
    – Niech pan da, jadę zaraz do Witkacego, może coś na to poradzi.
    Wchodzę do pani Witkiewiczowej, która mówi:
    – Staś dopiero wstaje, ale niech pani zapuka do drzwi i powie, o co chodzi.
    Zapukałam więc mocno do pokoju Witkacego, wołając rozpaczliwym głosem:
    – Mam plamy na twarzy i szyi, niech pan popatrzy - i podałam mu rulon przez uchylone drzwi.
    – Proszę zaczekać u matki - powiedział
    Po pewnym czasie przyniósł portret i oddając mi go dodał:
    – Ani śladu tych plam, a w dodatku będzie pani miała taki napis jak nikt: "PPR - PPA".
    Ten dziwny szyfr dziwił potem wszystkich, jako że najprościej pierwszy jego człon kojarzył się ze skrótem Polskiej Partii Robotniczej, a to znów nie kojarzyło się z Witkacym. Teraz, gdy w 1964 roku, w miesięczniku  "Litery", wydrukowano parę fragmentów z tych wspomnień o Witkacym, to opuszczono PPR, a pozostawiono tylko PPA, myśląc pewnie, że coś pomyliłam. Trzeba więc wyjaśnić, że ten szyfr był skrótem od następujących słów: P - popsute, P - przez, R - ramiarza, P - poprawione, P - przez, A - artystę. 
    Źródło: Maria z Łozińskich Łozińska Hempel, Z łańcucha wspomnień, Kraków 1986, s.120-122.
    (dodał Janusz Degler)
  • Mikroby!!!
    "Witkacy chorobliwie bał się wszelkiej infekcji. Kiedyś urwał mu się wieszak od palta i spadło ono na podlogę. Wpadł w rozpacz:
    - Nie mogę już go włożyć, a innego nie mam. Teraz są na nim miliony mikrobów!
    Uspokoiłam pana Stanislawa, że przed godziną myłam podlogę sublimatem, a potem zaprawiłam pastą - co było oczywistą nieprawdą. Uwierzył mi, był jak dziecko w wielu sprawach.[...]
    W dniu wyjazdu zażądał, by zrobić z nim rachunek, bo chce zapłacić za swój pobyt. Mimo moich próśb i zapewnień, że nie może być nic winien, bo nie tylko był najmilszym gościem, ale przecież zrobił wiele portretów calej rodzinie, za które nie wziął pieniędzy. Spochmurniał i już chciał się obrazić. Rachunek zrobił sam: za utrzymanie dziennie liczyl 2 złote; dwie kolacje, które mu nie smakowały i nie jadł ich - odliczyl; za stłuczoną żarówkę i szklankę - doliczył.
    Na pożegnanie prosił, bym poszła umyć ręce, bo chce mi podziękować i pocałować w rękę. W obawie infekcji, a na dowód szacunku przykładał rękę kobiety do czoła, nigdy nie dotykal wargami czyjeś dłoni, klamki od drzwi otwierał łokciem. Rozstaliśmy się jak najserdeczniej.
    Źródło: Nadzieja Drucka, Trzy czwarte...Wspomnienia, Łomianki 2011, s. 114
    (dodał Janusz Degler)
  • Jak uwolnić się od pierwotnej istoty
    Nadzieja Drucka wspomina pobyt Witkacego w Augustówku w czerwcu 1939:
    "Rano, w czasie mycia się i golenia, krzyczał codziennie tak, że go słychać było na folwarku, a pierwszego dnia stary służący Antoni przybiegł do mnie przerażony, że »temu panu, co wczoraj przyjechał, coś się stało«. Poszłam na górkę. Zapukałam. Odpowiedział mi przez drzwi, ale grzecznie i spokojnie:
     - Niech pani się nie przeraża: muszę rano wyrzucić z siebie wszystko, co we mnie jest z pierwotnej istoty, po to, by w ciągu dnia zachowywać się jak człowiek cywilizowany. Będę tak krzyczeć co dzień. Jeśli pani to nie odpowiada, mogę wyjechać.
     Zaprzeczyłam gwałtownie, prosząc, by został i robił to, na co ma ochotę"
    Źródło: Nadzieja Drucka, Trzy czwarte...Wspomnienia, Łomianki 2011, s.113-114
    (dodał Janusz Degler)

  • W sierpniu 1937 Witkacy wygłosił odczyt w ramach Wakacyjnego Instytutu Sztuki w Wiśle. Poruszenie wywołał przez swoją polemikę z Karolem Irzykowskim. Ślad tej kontrowersji znalazł się we wspomnieniu Stanisława Hadyny: "Szczególnie utkwił w mojej pamięci spór między Irzykowskim a Witkiewiczem, w czasie którego padały zupełnie niezwykłe jak na elegancję czcigodnego zebrania sformułowania. Ponieważ Witkiewicz w sposób oczywisty nie miał racji i wcale o nią nie zabiegał, starając się dziwaczyć w miarę możności, młodzieżowa część widowni była po jego stronie, choć bez przekonania. Irzykowski nazwał go grafomanem l psychopatą, który chce zbić majątek na eksponowaniu swojej choroby. Witkacy nazwał go głupcem, a ponieważ Irzykowski (...) był członkiem Akademii Literatury (...) skandal wisiał w powietrzu (...)"
    Źródło: Stanisław Hadyna, Z sercem na dłoni, w: Szelest mijanego czasu, Cieszyn 1989, s. 13. Cyt. za: Edmund Rosner, Stanisław Witkiewicz na Podbeskidziu, w: Wokół Zofii Kossak. Zbiór szkiców i przyczynków, 1995. Publikacja ukazała się staraniem Towarzystwa im. Zofii Kossak i Gminy Brenna. (dodał Wojciech Sztaba)

Irzykowski
  • Stawrogin
    „Myślę, że takim obrazem, na którym się Witkacy modelował, był bohater Biesów. To złapanie gubernatora za nos. Pusty człowiek, człowiek wypalony całkowicie. Człowiek, który eksperymentuje na sobie i na ludziach. Wszystkie najryzykowniejsze eksperymenty, do samego końca. I człowiek, który fascynował otoczenie. Przecież tak jak ja Witkacego znałem, te pijatyki, to szukanie w bagnach, zupełnie jak Stawrogin. Ja nie improwizuję teraz, ale miałem absolutne uczucie, że jestem ze Stawroginem, kiedy mnie kiedyś Witkacy zaprowadził w Warszawie do takiego malarza Jeżewskiego. Mieszkał przy ulicy Litewskiej, na dole był tatersal. To był mniej niż średniej klasy malarz i żył tam z malarką, starszą od siebie, straszliwie szkaradną, grubą babą, bardzo wiedźmowatą, trochę obłąkaną. Żyli z tego, że robili kolorowe pocztówki, po prostu zabarwiali· pocztówki na święta. Tam się odbywały trzydniówki, tam m.in. przychodził Jaracz na swoje trzydniówki. Brud nieprawdopodobny, cuchnęło straszliwie. Wszędzie bety rozłożone na podłodze, jakieś pierzyny. Bielizna pościelowa, która chyba rok nie widziała pralni. Oni oboje cuchnęli z brudu. I tam zamykano się na trzydniówkę, przez trzy dni chleb i kiełbasa, i wóda. Każdy przynosił wódę i odbywały się te trzydniówki. Byłem raz prawie dwa dni, ale dłużej nie wytrzymałem. Witkacy mówił, że trzeciego dnia odbywała się obszczaja schwatka. To było jego ulubione powiedzenie. Taka wspólna orgia. On ciągle mówił o tych wspólnych orgiach. Nogi z nogami, ręce z rękami, nie wiadomo, co do czego należy. To co dzisiaj zresztą uprawiają w Paryżu. Owszem, widziałem z nim pewne rzeczy, ale do takiej obszczej schwatki jednak nigdy nie dochodziło. Pili do zupełnego zidiocenia. Tyle że Witkacy miał mocną głowę, wtedy przynajmniej. Więc podejrzane typy, jakieś typy z dołów, jakiś element bandycki trochę, malarze, bywszyje ludi, i tam w tej okropnej norze Witkacy był tym pięknym, fantastycznie mówiącym, pomysłowym. Epilog tej mojej znajomości zabawny, bo wyobraź sobie, na dole był tatersal, jeszcze były misje wojskowe i jakiś generał angielski codziennie jeździł konno na tym podwórzu. No i ten z pięterka obserwował go, narysował go i pokazał mu. I generał zamówił u niego angielski portret. Jeżewski dostał jakieś kolosalne pieniądze. I wyobraź sobie, Witkacy mówił, że się przeprowadzili i że na nowosielje - Witkacy dużo wtykał słów rosyjskich w rozmowach - odbędzie się Wilia u Jeżewskich. Byłem bardzo młody i orgie mi imponowały, i wyobrażałem sobie, co tam za Sodoma i Gomora będzie. Ale na wszelki wypadek - tego się już od Witkacego nauczyłem, zresztą każdy coś przynosił - miałem litr wódki w kieszeni. I oto wchodzimy, a tu pachnie po prostu czystością. Pachnie! Stół ogromny, bielusieńki obrus, mnóstwo gości sproszonych. Na ścianach Matka Boska, krucyfiksy. Na stole wino jakieś stoi, wódki nie ma. Wyszliśmy wtedy do sionki z Witkacym i od razu wypiliśmy z butelki. Nie miałem jednak wprawy, więc od razu się upiłem, wróciłem i z wściekłości za zawód skoczyłem jak tygrys na tego Jeżewskiego i zacząłem go dusić. Potem jeszcze jeden miałem wypadek duszenia po pijanemu i wobec tego oczywiście przestałem pić. Więc - Stawrogin! Witkacy był niewątpliwie pod olbrzymim wpływem Stawrogina. On, zdaje się, nigdy nic nie napisał o Dostojewskim ani o Gogolu, ale Witkacy należał do tych pisarzy, którzy zacierają swoje prawdziwe ślady. Natomiast podają fałszywe.”
    Źródło: Aleksander Wat, Mój wiek. Pamiętnik mówiony, część pierwsza. Rozmowy prowadził i przedmową opatrzył Czesław Miłosz, do druku przygotowała Lidia Ciołkoszowa, Czytelnik, Warszawa 1990, s. 126-127.
    (dodał Jan Gondowicz)

  • "Bez założeń nie ma nic!
    - powiedział St. Ig. Witkiewicz, zakładając nogę na nogę".
    Źródło: W. Łukasik, Plotki...plotki..., "Cyrulik Warszawski" 1934, nr 29 (425), s. 3.
    Także w „Cyruliku Warszawskim” 1928, nr 51 (133), s. 3 [rubryka: „Przegląd prasy”] żart na temat Regulaminu Firmy Portretowej. (dodał Tomasz Pawlak)

Witkacy
  • Kotka Schyzia jako probierz
    "Pierwsze moje poznanie z Witkacym było dość niecodzienne. Witkacy bowiem siedział wtedy w ogrom-nym gumowym tubie i szorował się zapamiętale szczotką do szorowania podłogi. Zapukaliśmy do drzwi (było to w "Zofiówce" w Zakopanem, gdzie mieszkał z matką) i na wezwanie "proszę wejść", zastaliśmy wyżej opisany widok. Ale było to poznanie powierzchowne, gdyż wycofałam się od razu wstydliwie i zaczekałam na werandzie, dopóki nie ukazał się Witkacy ubrany.
    Przyniósł mi zaraz swoją kotkę syjamską, nazwaną Schizofrenią, a zdrobniale "Schyzią", i czekał, jak ona mnie przyjmie. Gdy kotka zaczęła się łasić do mnie mnie i w końcu siadła mrucząc z zadowoleniem na moich kolanach, orzekł, że może do mnie czuć sympatię, ponieważ zdałam egzamin przed kotką. Kotka była probierzem. Do kogo ona miała sympatię, tego Witkacy przyjmował do swego grona, kogo natomiast darzyła antypatią, do tego równiez jej pan odnosił się nieufnie. "

    Źródło: Edyta Gałuszkowa-Sicińska, Wspominki o Witkacym, "Głos Plastyków" 1947, grudzień, s 34
    (dodał Janusz Degler)
Witkacy
  • Głupie pytanie „Co słychać?”
    "Była wówczas w Zakopanem jedna z pań warszawskich, bardzo towarzyska i świetna, która się dawniej z Witkiewiczem przyjaźniła, aż nastąpiło gwałtowne zerwanie. Mianowicie, spotkawszy kiedyś Witkiewicza spytała go: „Co u Pana słychać?”, ot tak, żeby zacząć rozmowę. Na to on oświadczył, że z osobą, która stawia tak głupie pytania, nie chce mieć do czynienia – i zerwał z nią stosunki. Ona chciała to naprawić i dowiedziawszy się, że będzie u mnie, przyszła umyślnie. Witkiewicz jej nie przebaczył: zobaczywszy ją w pokoju cofnął się i odszedł, żadne namowy nie mogły go zatrzymać."

    Źródło: Władysław Tatarkiewicz, Wspomnienie o St. I. Witkiewiczu, w: Stanisław Ignacy Witkiewicz. Człowiek i twórca. Księga pamiątkowa pod redakcją Tadeusza Kotarbińskiego i Jerzego Eugeniusz Płomieńskiego, Warszawa 1957, s. 287. (dodał Janusz Degler)
  • Życie i sztuka
    "To było u niego w willi na Antołówce, kiedy zażył sporą dawkę kokainy, którą i mnie poczęstował. Był już pogrążony w narkotycznym transie, leżał na kanapie, ja go trąciłem w ramię i zapytałem: – »Niech mi pan powie, co jest ważniejsze, być człowiekiem czy artystą?«. Już był zamroczony, daleki ode mnie, od rzeczywistości, a jednak odpowiedział mi jakby z dna jeziora; namacał mnie ręką, trącił lekko i powiedział: – »Tym ostatnim, tym ostatnim«. Brnąc po północy w śniegu na Bachledzkim Wierchu w stronę Harendy, były kelner pocieszał się domniemaniem: "Może po trzeźwemu powiedziałby coś innego...".
    Źródło: Henryk Worcell, "Wielbiciele Fryderyka Nietzschego", "Twórczość" 1973 nr 7.

    (dodał Jan Gondowicz)
  • Witkacy i Malinowski na Cejlonie. Fragment wspomnień prof. Henryka Greniewskiego (1903-1972) -  matematyka, logika, założyciela Polskiego Towarzystwa Cybernetycznego:
    „Znaczną część lata 1925 r. spędziłem w Zakopanem. Kogoż nie było tego lata w Zakopanem? Był stary Stanisław Zaremba, profesor „Jagiellonki”, wielki matematyk polski, interesujący się również mechaniką i fizyką teoretyczną. Byli też Wilkosz i Chwistek. Najbardziej jednak interesował mnie w ciągu tych kilku tygodni Witkacy, jego skrajnie udziwnione poglądy społeczne, jego dramaty (niemal wszystkie tylko w maszynopisach), jego inteligencja i urok osobisty. Poglądy społeczne Witkacego przypominały fantastyczny sen: kult dla dawnych monarchii absolutnych, dalej rasistowski filosemityzm („Nie rozumiem, jak można nie lubić Żydów, przecież to taka stara rasa”) itd. Harmonizował z tym kult dla logiki. W stosunkach  z ludźmi bywał krańcowo drażliwy i nieraz dziwaczny, a jednak był wzorowo uprzejmy i (bardzo dyskretnie) serdeczny. W towarzystwie nawet dość licznym Witkacy, jeżeli nie czuł się „zagrożony”, był czarujący i opowiadał w sposób barwny i ciekawy. Oto próbka Witkacowego opowiadania w gronie paru znajomych. W 1914 po śmierci narzeczonej Witkiewicz czuł się zupełnie rozbity i zdradzał skłonności do samobójstwa. Jego przyjaciel, znany etnograf Malinowski, zaproponował mu wspólny wyjazd do Australii. Jechali „rzemiennym dyszlem”, zawadzili o Cejlon. W czasie wycieczki w głąb Cejlonu znaleźli się kiedyś nad brzegiem niewielkiego jeziora. Interesował ich brzeg przeciwległy, postanowili obejść jezioro. Spierali się tylko, którędy je obejść, w prawo, czy w lewo. Stanęło na kompromisie: każdy pójdzie w „swoją” stronę, spotkają się w ustalonym wspólnie, dobrze widocznym punkcie brzegu przeciwległego. Gdy po paru godzinach Witkiewicz dobrnął do punktu spotkania, nie zastał tam Malinowskiego. Czekając na niego uświadomił sobie nagle, że jest sam w głębi Cejlonu, bez dokumentów, pieniędzy i broni (to wszystko miał ze sobą Malinowski, który „niańczył” Witkiewicza). Rozpaczliwe rozmyślania przerwało nagle pojawienie się na skraju pobliskiego lasku grupy „krajowców” (jak mówił Witkiewicz). Ci „krajowcy” szli wyraźnie w kierunku Witkiewicza. Gdy go otoczyli, Witkiewicz przerażony wrzasnął  p o  p o l s k u  -  Gadajcie zaraz, gdzie Malinowski? Wzięto Witkiewicza pod ręce (nawet nie usiłował się bronić), zaprowadzono do tego lasu, skąd przed chwilą wyszli. Okazało się, że niedaleko w lesie znajduje się mała świątynia buddyjska, niewidoczna z zewnątrz lasu. Wprowadzono Witkiewicza do świątyni, ujrzał widok potworny. Na środku palił się ogień, dookoła ognia stali czterej krajowcy, każdy z nich trzymał za kończynę nagiego białego człowieka, łagodnie kołysanego nad ogniem... Po chwili sprawa się wyjaśniła: Malinowskiego oblazły kleszcze. Kleszcza, gdy wgryzł się już w skórę, nie należy wyciągać, grozi to bowiem poprzecznym pęknięciem pasożyta i bolesnym zapaleniem skóry. Skuteczny, tradycyjny sposób pozbywania się kleszczy polega na bardzo silnym przygrzewaniu skóry, pasożyty uciekają wtedy. Nasi Cejlończycy ratowali po prostu Malinowskiego.”

    Źródło: Henryk Greniewski, Logicy i Witkacy [w:] „Przegląd Kulturalny” nr 51/52 z 21-31 XII 1961, s. 9. Greniewski był synem posłanki na Sejm II RP z listy BBWR, Natalii z Reynelów-Greniewskiej (1883-1959) i siostrzeńcem Leona Reynela (1887-1931) – finansisty, przyjaciela i dobroczyńcy Witkacego. Po ślubie Reynela z Władysławą (Dziunią) Witkiewiczówną, stał się dalekim powinowatym Witkacego. W listach do żony Witkacy wspominał o wizycie u Greniewskiego w Warszawie już 17 listopada 1924 r. O jego pobycie w Zakopanem pisał w listach do Jadwigi 31 lipca, 9 sierpnia i 13 sierpnia 1925 r. Cenił intelekt i wiedzę młodziutkiego naukowca, który prowadził straszne rozmowy m.in. ze świeżo upieczonym doktorem filozofii Stefanem Glassem (1897-1932). Witkacy zaliczał Greniewskiego do wąskiego grona osób, z którymi mógł mówić o rzeczach istotnych. Ochrzcił go nawet mianem Tumora! (dodał Przemysław Pawlak)
  • Poza słodki groszek. Witkacy, Irena Solska i Emil Gincburg we Lwowie
    Michał Choromański po latach, w powieści przedstawiającej obraz upadku społeczeństwa polskiego w przededniu września 1939, wkłada w usta dość osobliwej rodziny przeróżne opowieści, miłością fizyczną podszyte:
    „-- A mnie... A mnie jakoś przyszedł do głowy Witkacy - zaczęła Nita. Jej podkrążone, mesmeryczne oczy, pytająco podniosły się znad wiktoriańskiej filiżanki na Kleona. Bo nasz półbóg zazdrościł Witkacemu. I z trudem tolerował, jeśli przy nim mówiono o innych malarzach. Chyba, że ich ośmieszano..." czytaj dalej

    Źródło: Michał Choromański, Miłosny atlas anatomiczny, Poznań 1987, wydanie poprawione i uzupełnione w stosunku do pierwodruku (1974), s. 151--155. (dodał Tomasz Pawlak)
  • Z fizjologii twórczości. 13 października 1937 Schulz donosi przyjaciółce, Romanie Halpernowej: "Witkacy pisał do mnie. [...] Radzi mi zmienić zupełnie tematykę »celem naciągnięcia jajowodów, aby dokonać ostatecznego spermotrysku«. Ale niech mu Pani tego zdania nie zacytuje,. bo będzie mnie oskarżał o niedyskrecję, chociaż tu o moją potencję chodzi, nie o jego" – komentuje Schulz.
    Źródło: Bruno Schulz, "Księga listów". Zebrał i przygotował do druku Jerzy Ficowski, Gdańsk 2002, s. 149.
    (dodał Jan Gondowicz)
  • Dedykacja. Lechoń, który Witkacego nie znosił, w "Dzienniku" wciąż się potyka o jego cień i wtem przypomina sobie: "Dedykacja Witkacego na jednej z jego sztuk: »Matce mojej – wbrew jej woli, poświęcam«". Czyżby w którymś z zaginionych dramatów?
    Źródło: Jan Lechoń, "Dziennik", t. I., PIW, Warszawa 1992, s. 391.
    (dodał Jan Gondowicz)
  • Gombrowicz o Witkacym
    Olbrzymi karzeł
    .
    "Pierwsza moja wizyta u Witkacego: dzwonię, otwierają się drzwi, w ciemnym przedpokoju potworny karzeł rośnie – to Witkacy otworzył drzwi w kucki i z wolna się podnosił..."
    Źródło: Witold Gombrowicz, Dziennik 1953-1956, Instytut Literacki, Paryż 1957, s. 213.
    We Wspomnieniach polskich ta scena ujęta jest szerzej: "Jako się rzekło, to Bruno zaprowadził mnie do Witkacego. Wydrapaliśmy się na któreś tam piętro z podwórka na ulicy Brackiej, dzwonimy – ja nieco zemocjonowany opowieściami, jakie krążyły o dziwactwach i szaleństwach tego człowieka, tak świetną obdarzonego inteligencją – i naraz w otwierających się drzwiach ukazuje się olbrzymi karzeł, który zaczyna rosnąć w oczach... to Witkacy otworzył nam drzwi w kucki i powoli się podnosił. Lubił te kawały! Mnie jednak one nie bawiły. Witkacy od pierwszej chwili zmęczył mnie i znudził – on nigdy nie był w stanie spoczynku, zawsze naprężony, dręczący siebie i innych nieustannym aktorstwem, żądzą epatowania i skupiania na sobie uwagi, wiecznie bawiący się okrutnie ludźmi... Wszystkie te wady, będące także moimi, oglądałem teraz jak w krzywym zwierciadle, spotworniałe i wydęte do rozmiarów apokaliptycznych. Pokazywał nam »muzeum okropności«, którego ozdobą było coś, co on nazywał zasuszonym językiem noworodka, i włos jakiś, który rzekomo był włosem Bejlisa, tudzież list erotomanki, rzeczywiście rozpustny do obrzydliwości. Ja powiedziałem: – Ależ niechże pan nie pokazuje nam takich rzeczy! Przecież to niewłaściwe! Przyjrzał mi się uważnie. – Niewłaściwe? – zapytał. Był trochę zbity z tropu. A mnie znowu nawiedziła moja mania, żeby być artystą i cyganem w bogobojnych domach ziemiańskich, ale ziemianinem i nawet szlachcicem wśród cyganów, intelektualistów i artystów. Niewłaściwe! Ten połykacz haszyszów, morfinoman, megaloman, schizofrenik, paranoik, kpiarz, cynik, perwersiarz i dadaista i pseudowariat chyba od lat nie słyszał takiej naiwności... Niewłaściwe! Z mojej strony był to instynkt samoobrony, wiedziałem, że jeśli z miejsca nie przeciwstawię się Witkacemu, on mnie pożre, zdominuje, włączy do swego rydwanu. Nie mógł obcować z ludźmi jak równy z równymi. Musiał być na świeczniku; jeśli w towarzystwie na chwilę przestawał być centrum zainteresowania, umierał."

    Źródło: Wspomnienia polskie, w: Wspomnienia polskie. Wędrówki po Argentynie, Instytut Literacki, Paryż 1982, s. 114-115.
  • Ta ostatnia cecha przysparzała problemów prowadzącej salon Zofii Nałkowskiej: "Jej talent towarzyski załamywał się jedynie wobec Witkiewicza – gdy pojawiał się ten olbrzym ze swoją miną chytrego schizofrenika, pani Zofia rzucała swoim zaufanym rozpaczliwe spojrzenia, od tej chwili bowiem diabli brali konwersację, a głos zabierał Witkacy. Ten człowiek umierał, gdy choć przez chwilę przestawał być centrum zainteresowania – albo o nim musiało się mówić, albo do niego, albo on mówił – innej sytuacji nie znosił i gdy czasami kurczowym wysiłkom gospodyni udawało się zorganizować jakąś wymianę zdań na boku, natychmiast zaczynał się nudzić tak intensywnie i milczeć w sposób tak bijący w oczy, że wszyscy czuli się jak w stanie grzechu śmiertelnego. A trzeba dodać, że Witkacy nie był z tych, co to po prostu się wypowiadają, nic bardziej pokręconego, dziwacznego, trudnego niż jego sposób mówienia, obliczony na efekt, zawsze na pograniczu zgrywy, błazeństwa, cyrku."
    Źródło: jw., 124.
  • Toteż – konkluduje Gombrowicz (niepomny bodaj orszaku miernot, jaki sam zwykł wodzić za sobą w Argentynie) – na spacerach w Zakopanem Witkacy "występował w otoczeniu swojego dworu, złożonego z rozmaitych literackich pokurczów od siedmiu boleści (gdyż szukał zawsze niższych od siebie, żeby im przewodzić i aby go uwielbiali). [...] Widok tej potężnej postaci, kroczącej po śniegu w gwiaździste noce górskie z tym swoim orszakiem niedojdów zasłuchanych i zapatrzonych, był naprawdę dramatyczny." Źródło: jw., s. 156-157.
    Dziennik
    zawiera też godny uwagi wierszyk wróżebny Witkacego o Gombrowiczu:
    "Na imię było mu Witold, nazwisko – Gombrowicz
    Z pozoru był to sobie zwykły spacerowicz
    Lecz tkwiła w nim dzika dziwność nieświadoma siebie
    Z tego konia kiedyś będzie niezłe źrebię!"
    Tuż przed przytoczeniem tego proroctwa znajomy Gombrowicza nazwiskiem Władysław Jankowski opowiada swój sen, gdzie biskup Krasicki okazał się Witkacym i, wysunąwszy usta w rurkę, która wydłużyła się w pyszczek, zażądał, by ułożyć dlań wiersz z aliteracjami na "sz". Po czym pan Jankowski, stając się we śnie szyszkowaty i szypułkowaty, recytuje coś, w czym istotnie pobrzmiewa Witkacy: »Szeptali
    W szytej szuwarem szopie Szlomy Szakala
    Szczepan Sowizdrzał i Szymon Szowispon...«"
    By zostać przy poezji, kilkadziesiąt stron wcześniej Gombrowicz wchodzi na muszlę w kawiarnianym klozecie i wypisuje na ścianie atramentowym ołówkiem aforyzm, z którego przytacza jeno początek: "Panie i panowie, miejcie tę naturę...".
    Bywając w połowie lat 60. ubiegłego wieku, a więc jako piętnastolatek, klientem zakopiańskiej łaźni, poznałem ze ściany tamecznego ustępu całość tej rymowanki. Na lamperii powyżej kafli spod kolejnych malowań wyzierał wierszyk:
    "Panie i panowie, miejcie tę naturę,
    Nie lejcie na deskę i trafiajcie w dziurę."
    We wspomnieniu kulfony zdają mi się wielkie i jakby znajome... Czyżby...?

    Źródło: "Dziennik 1953-1956", Instytut Literacki, Paryż 1957, s. 239-240 i 196.
    (dodał i komentował Jan Gondowicz)
    Uzupełnienie:
    "Pierwsza Szopka Warszawska, revue w trzech odsłonach", którą "napisał Pikador, jego koń i jeszcze jedno zwierzę" (czyli Julian Tuwim), wydana drukiem w 1922, zaczyna się Prologiem, a w pierwszych słowach tego Prologu Pikador śpiewa:
    Panowie i panie! Miejcie tę naturę.
    Nie patrzcie się na siebie, ale prosto w dziurę. [...]"
    To była bezczelność – rozpoczynać szopkę wierszem prywetowym! Nb. w pierwszym akcie tej szopki Szi-szi (Szyfman) wspomina swoją przygodę z Witkacym:
    "Nie namawiam was przecie, by o późnej porze
    Iść do nory i kryć się w ciemnej Elsynorze...
    Gdzie Witkacyk murzyński, na głowie z tumorem,
    Metafizyczny pępek wyciaga z uporem."
    Jak pamiętamy (z Deglera niestety, nie z autopsji), 29 grudnia 1921 pierwsze i ostatnie przedstawienie "Pragmatystów" rozpoczęło się z przyczyn godnych osobnej analizy, które skomentował Żeromski, godzinę przed północą.
    "Pierwszą Szopkę Warszawską" przytaczam za wydaniem: Julian Tuwim, Kabaretiana, opracował Tomasz Stępień, Czytelnik, Warszawa 2002 (Jan Gondowicz)
  • Wybrzuszenia. "Gdy raz, korzystając z jedynego osobistego spotkania z Witkiewiczem, zapytałem go o ten główny sekret Czystej Formy, uśmiechał się z politowaniem i wreszcie raczył tyle powiedzieć: »Kiedy Trzciński wystawiał mego 'Tumora' w Krakowie, wystawił drugi akt tak« – tu narysował jakąś linję krzywą, którą nazwał  w y b r z u s z e n i e m – »ja zaś pomyślałem sobie ten akt tak!« – i tu narysował innego rodzaju wybrzuszenie."
    Źródło: Karol Irzykowski, Walka o treść. Studja z literackiej teorji poznania, Warszawa, nakładem Księgarni F. Hoesicka, 1929, s. 90. (dodał Jan Gondowicz)
  • Przesławny sznycel. Rzecz dzieje się w pociągu z Krakowa do Zakopanego, jak łatwo sprawdzić, 1 lipca 1921 r. (ewenement: datowana anegdota!). "Witkacy zasiadł na jedynym wolnym miejscu. Bledszy był niż zwykle, a zachowaniem swym zdradzał wyraźny niepokój. Co chwila, pamiętam, wyjmował z kieszeni małe lusterko, ogladając w nim starannie swoje oczy i ściągając przy tym wskazującym palcem dolne ich powieki. »Za chwilę stanie się coś strasznego«, mruczał przy tym, siejąc niepokój wśród przypadkowych towarzyszów podróży [...]. W pewnym momencie nawiązaliśmy rozmowę. [...] Oczywiście zaczęło się mówić o premierze »Tumora«. Witkacy z nieporównanym humorem opowiadał perypetie owej minionej, popremierowej nocy »szaleństw«, i o tym, jak w restauracji schował do skórzanego portfelu wielki sznycel po wiedeńsku z jajkiem, a to ku przerażeniu współbiesiadników i zgorszeniu kelnerów. To było coś dla mnie!"
    Źródło: Roman Jasiński, "Zmierzch starego świata. Wspomnienia 1900-1945", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2006, s. 236-237. (dodał Jan Gondowicz)
  • Bezpłodni samodręczyciele. "Bo w Zakopanem w owych czasach trzeba było być na niejedno dziwne wydarzenie przygotowanym. Poza miejscową kolekcją oryginałów (pod wodzą Witkacego i Zamoyskiego) zjeżdżali się tu najosobliwsi ludzie z całej Polski. Owego lata zawitała na przykład pod Giewont cała żelazna ekipa młodego polskiego futuryzmu: Bruno Jasieński, Anatol Stern i Aleksander Wat. [...] Witkacy pomalował nam olejnymi farbami na wstążkach od kapeluszy czerwone, żółte i niebieskie krążki, które miały być odznaką naszego klubu »bezpłodnych samodręczycieli«, i używał na całego, wymyślając coraz to bardziej skomplikowane mistyfikacje i nowe formy »nonsensu życiowego«. Pamiętam jeden wieczór w Czerwonym Dworze u pięknej i dystyngowanej pani Gaszyńskiej. Mieszkał u niej wówczas Antoni Kamieński, znany, świetny rysownik, już wtedy stary i zgorzkniały. Był on pod względem fizycznym jak gdyby połączeniem Don Kichota z Mefistofelesem. Chodziły o nim dziwne słuchy. Przechowywał jakoby w swym kuferku drewnianą lalkę, w której się podobno, zdaniem Witkacego, kochał i której zazdrośnie strzegł przed oczami intruzów. Witkacemu udało się ponoć kiedyś ją zobaczyć; skonstatowawszy, że jest spaczona, wyraził się, że »pewnie umarła«. Na to Kamieński wpadł w istny szał, krzycząc, że nic podobnego, że jest tylko pogrążona w letargu i dziwi się, że Witkacy, syn tak mądrego ojca, którego był przyjacielem, tak mu dokucza. Witkacy był zachwycony!
    W owych czasach wmówił on Kamieńskiemu, że pani Gaszyńska się w nim kocha. Kamieński, w swojej prostocie ducha, uwierzył w te baliwerny i było z tego powodu sto pociech, gdy pienił się, urządzając Bogu ducha winnej kobiecie sceny zazdrości. To właśnie u owej pani Gaszyńskiej zorganizował Witkacy któregoś dnia przedziwną mistyfikację. Głównym aktorem tej zabawy miał być Aleksander Wat, któremu Witkacy polecił udawać hiszpańskiego czy też włoskiego arystokratę. Wat wprawdzie nie bardzo się do tej roli nadawał, jednak pani Gaszyńska jakoś w tę całą historię uwierzyła. Wat znakomicie się ze swej roli wywiązał i tak się nią przejął, że wreszcie, po wypiciu znaczniejszej ilości alkoholu, sam uwierzył w swoje arystokratyczne pochodzenie. Wieczór skończył się piekielną awanturą u Trzaski, gdzie Wat wpadł w furię i trzeba go było przemocą wynieść z sali. Witkacy nie posiadał się z radości. Zabawa się udała."

    Źródło: jw., s. 238-239. (dodał Jan Gondowicz)
  • Parapetówka. W r. 1937 dr Jan Kochanowski, rentgenolog i przyjaciel Witkacego, zamieszkał przy warszawskiej Alei Niepodległości. Zaproszony tamże, Witkacy "bez uprzedniego porozumienia się z Kochanowskim sprosił do jego mieszkania na ów wieczór jeszcze siedem czy osiem innych, nieznanych Jankowi osób. Przybywały one stopniowo, w odstępach czasu mniej więcej dziesięciominutowych, oświadczając, że zostały zaproszone przez Witkacego. Pierwsi tak niespodziewanie przybywający goście nie zdziwili zbytnio Kochanowskiego, który mając doskonale zaopatrzoną spiżarkę i »piwniczkę« starał się ich jak najlepiej ugościć. Lecz po czwartym czy piątym niespodziewanym przybyszu, gdy skonstatował, że chodzi tu o grubszy figiel, mina poczęła mu się wydłużać. [...]. W dodatku goście Witkacego mieli ogromny apetyt i nieliche pragnienie, więc spustoszenie w starannie skompletowanych zapasach spiżarnianych gospodarza przybrało rozmiary wręcz katastrofalne. Wszystko zostało najdokładniej zjedzone i wypite. Zamęt był przy tym ogromny, małe bowiem mieszkanko z trudem mogło pomieścić wszystkich przybyszów. Gdy wreszcie wyszli, wyglądało ono jak istne pobojowisko. Kochanowski dotrwał bohatersko do końca, lecz gdy na drugi czy trzeci dzień pozwolił sobie w rozmowie z Witkacym zauważyć, że nieco przesadził, Witkacy z miejsca się obraził."
    Źródło: jw., s. 536-537. (dodał Jan Gondowicz)
  • Przeszkoda w reformowaniu teatru.
    "Najgorszą przeszkodą w doszczętnym reformowaniu teatru jest publiczność, twierdzi domorosły apostoł czystej formy w teatrze."

    Źródło: Adolf Nowaczyński, "Puchy i wata", "Gazeta Poranna Warszawska", 21 X 1925, nr 290; za: tenże, "Porachunki i projekty. Teksty o teatrze z lat 1900-1938", wybór i opracowanie Henryk Izydor Rogacki, seria 'Myśl teatralna w Polsce w XX wieku'. Teksty - Rozprawy pod redakcją Janusza Deglera, Wydawnictwo 'Wiedza o kulturze', Wrocław 1993, s. 153. (dodał Jan Gondowicz)
  • Witkacy w pyjamie na Krupówkach.
    Pamiętam jego furię, gdy kiedyś wybrał się na Krupówki w papierowej pyjamie, uszytej przez jedną z jego apostołek, panią Brzozowską -  i Słonimski udawał, że nie zauważył tego dziwnego stroju. "Wiesz, Antoni - zawołał wreszcie - że ty masz bardzo dotkliwy sposób denerwowania ludzi. Czy ty naprawdę niczego nie zauważyłeś?"
    Źródło: Jan Lechoń, Dziennik, Warszawa 1992, PIW, tom 2, s. 406. (dodał Janusz Degler)
  • Eksperyment psychologiczny Witkacego
    Kobiety piszące o swojej znajomości z Witkacym nie mogą się wyrzec mówienia o wyznaniach miłosnych, które rzekomo czynił im ten niepospolity człowiek. Muszę tu stanowić wyjątek. Mój stosunek z tym dziwnym filozofem, malarzem i pisarzem układał się na zupełnie innej, dość dziwnej płaszczyźnie: czułam się eksponatem do jego psychologicznych doświadczeń. Byłam Witkacemu do czegoś potrzebna. Wyraźnie poczułam się materiałem do eksperymentu, gdy któregoś dnia umówił się ze mną w małej kawiarence i zaprosił jeszcze dwie niewiasty, które przyszły w kwadrans po mnie.
    -  Chcę zobaczyć - powiedział mi przedtem - jak będziecie się zachowywać. Pani: rosyjska arystokratka, druga z pań: uczona, doktor filozofii, i trzecia: prostytutka.
    Witkacy milczał cały czas, obserwując nas. Dzięki wyrobieniu towarzyskiemu pani doktor, i po części mojemu, wyszłyśmy zwycięsko z tego dziwacznego i tylko jemu potrzebnego spotkania. Bawił się doskonale, obserwując nas.

    Źródło: Nadzieja Drucka, Trzy czwarte...Wspomnienia, Warszawa, 1977, PIW, s.116. (dodał Janusz Degler)
  • Przebieranki Witkacego
    W ogóle Witkacy lubił się przebierać. Mojemu ojcu [Leonowi Chwistkowi] bardzo podobało się przebranie, które nazywał "Z siódmego dyżuru na ósmą sesję". Witkacy kucał, owijał się płaszczem tak, żeby przypominał damską pelerynę. Z kapelusza robił damski kapelusz i nasuwał głęboko na głowę, aż rondo stykało się niemal z końcem nosa. Pewnego razu, gdy miałam dziesięć lat, rodzice wyszli, zamknęli mieszkanie, a my z Mulkiem bawiliśmy się na werandce przed "łazienkami". Zapadał zmrok. Zobaczyłam przygarbioną postać w kapeluszu idącą przez pastwisko Kubinów, potem człowiek ten przeszedł przez płot i przeciął nasz ogród. Wydawało nam się, że to Witkacy, ale nie mieliśmy pewności, bo wyglądał jak góral. Zapytał, czy mieszka tu niejaki Chwistek. Powiedziałam, że dom zamknięty, tatusia nie ma.
    - To powiedzcie, że tu był góral Kakasik.
    Zostawił list. Patrzyliśmy, jak się oddala, zupełnie skonsternowani - on, nie on?

    Źródło: Alina z Chwistków Dawidowiczowa, "Zeschnięte liście i kwiat..."Wspomnienia“, Kraków 1989, Wydawnictwo Literackie, s. 57-58). (dodał Janusz Degler)
  • Rzecz dzieje się u Boya, na Smolnej 11. "O jakiejś późnej godzinie tego dnia zeszliśmy na parter, czekając na otwarcie bramy: Ossowiecki, Irena Krzywicka, ktoś tam jeszcze i ja, gdy Witkacy wciąż żegnał się na górze. Wtedy Ossowiecki zapytany, co sądzi o autorze »Tumora Mózgowicza«, powiedział (świetnie pamiętam, jakby to się działo wczoraj): »Niebywale fascynująca osobowość, wręcz niezwykła, lecz - tu zawahał się - odczuwam wokół niego jakąś tragiczną aurę...« To było w 1928, a może w 1929 roku.
    Witkiewicz, jak wiadomo, miał niezwykły dar imitowania głosów i gestów - znakomicie naśladował na przykład Boya - a także stwarzania na poczekaniu całych improwizowanych scen. [...] To były jakby mini-sztuki. Literatura ulotna, nietrwała, lecz niepowtarzalna. [...] Witkacy, udając dwa, trzy naraz głosy w saloniku na Smolnej, tworzył małe arcydzieła ekspresji, jakieś bodaj swoiste happeningi. Zachrypłym basem udawał na przykład oprycha usiłującego sforsować drzwi i wedrzeć się do mieszkania pod nieobecność gospodarzy, gdy w mieszkaniu tylko młodociana służąca. Więc po tym basowym pomruku pisk pokojówki, broniącej wejścia. Szarpanina, widać plecy Witkacego i w domyśle - tamtego zbója tuż, tuż. Finał na tapczanie. Piski i szamotanie się. Scena gwałtu. Koniec. Witkacy podnosi się, palcami odgarnia z czoła zmierzwione włosy.
    Albo odtańczone przez niego »tango futurystyczne« solo. A także słynny »tajemniczy Hucuł«, gdy wszedł niepostrzeżony i zasiadł w ubikacji odziany w strój huculski, czekając, co dalej. Stąd okrzyk: »Tajemniczy Hucuł w klozecie!«
    No i jego słynny, a niestety przepadły też »album osobliwości«, stale w przechowaniu u państwa Żeleńskich. Oprawne w płótno szare, opasłe tomisko, spęczniałe od wklejonych uzupełnień i aneksów, zawierało istotnie dziwne rzeczy: od kawałka ludzkiej rzekomo skóry, przywiezionej gdzieś z Gwinei, pamiątka z wizyty (wedle Witkacego) u ludożerców, po cenne autografy najsłynniejszych wówczas ludzi w Polsce, wierszyki nigdy i nigdzie nie publikowane, gdyż często niecenzuralne, rysunki nigdy nie pokazywane i nie do pokazania, wielką serię japońskich obscenów i wyłudzone od sędziego śledczego, bodaj za portret, zdjęcie poćwiartowanych zwłok na miejscu zbrodni, a także dwie fotografie, które szczególnie zapamiętałem: przedstawiały całkowicie nagiego Tadeusza Micińskiego, autora »Nietoty«, kroczącego żwawo do łazienki z ręcznikiem przerzuconym z fantazją przez ramię oraz wracającego z niej. Podpis: »Car Ferdynand bułgarski idący do kąpieli«, i drugi: »wracający z kąpieli«."
    Źródło: Andrzej Kuśniewicz, "Moja historia literatury", PIW, Warszawa 1980, s. 165-167.
    (dodał Jan Gondowicz)
  • "W ciągu jednego wieczoru [Witkacy] namalował mój portret. Z mefistofelesowską brodą, służył w domu do straszenia niegrzecznych dzieci, a następnie wykorzystałem go także jako ilustrację w powieści »Bankructwo profesora Muellera«. Wyobrażał on znakomitego profesora, chlubę neomaltuzjanizmu, który stał się protagonistą fabryki konserw dla antropofagów, co miało na celu zmniejszenie ilości mieszkańców naszej planety. Witkacy był bardzo wszechstronny w dawanych mi radach i uczył mnie m. in., w jaki sposób myje się ręce na wizycie (polegało to na tym, że mydełko należało po użyciu opłukać w wodzie, by usunąć pozostałe na nim ślady brudnej piany)."
    Źródło: Jan Brzękowski, "Czasy heroiczne (i nieheroiczne)", "Twórczość" 1963 nr 5, s. 36.
    (dodał Jan Gondowicz)
  • Dziwaczne listy. "Było to w pierwszych dniach 1922 roku. [...] Witkiewicz miał przyjechać do Warszawy i prosił, abym go odwiedził. Byłem u niego razem z Tytusem Czyżewskim. Witkiewicz zbierał dziwaczne listy. Pokazywał nam list jakiegoś typka do dziewczyny, która otrzymała nagrodę na konkursie pięknych nóg. Typek prosił ją o fotografię nóg i obiecywał, że się odwzajemni fotografią swoich, bo i on ma ładne nogi. Nie byłem pewien, czy Witkiewicz nie sfingował tego listu."
    Żródło: Adam Ważyk, "Kwestia gustu", PIW, Warszawa 1966, s. 80. (dodał Jan Gondowicz)
  • Kaftan. Marek Sołtysik przytoczył wspomnienie siostry Choromańskiego, Lidii (Litki) z Choromańskich, 1-voto Kruszyńskiej, 2-voto Rzepeckiej, z okresu bliskiej znajomości pisarza z Witkacym: „Stanisław Ignacy Witkiewicz także wiedział, co robi, gdy pani Litka, siostra Michała Choromańskiego, zaniepokojona ekscesami przyjaciół, wprawiających w osłupienie przyzwyczajonych do niejednego zakopiańskich przedstawicieli bohemy, poszła, za radą matki, z pretensjami do autora Niemytych dusz. Witkiewicz z pewną, jak się zdawało, skruchą, wysłuchał gorzkich pod swym adresem żalów, wylewanych przez piękną i coraz bardziej rozsierdzoną panią na jego biedną głowę, po czym z tym samym, zatroskanym jak gdyby wyrazem twarzy, zrobił kilka kroków do tyłu, narzucił na siebie gwałtownie jakiś dziwaczny fioletoworóżowy szlafrok, a obróciwszy się tyłem do pani, stanął w kącie i tam, naśladując szepty i westchnienia kochanków, skrzyżował ramiona, tak aby dłonie dotykały pleców, i nadal na dwa głosy, męski i damski, wzdychając miłośnie, jął tymi dłońmi manewrować… Ten sztucznie wytworzony obraz pieszczoty, ta w innych warunkach i na przykład w scenerii internatu wulgarna zgoła imitacja, nie tylko rozczuliła, ale i rozśmieszyła panią Litkę. Obawy matki i siostry zostały rozproszone raz na zawsze. Złe towarzystwo? Nie – to nie to!”
  • Źródło:Marek Sołtysik, Świadomość to kamień. Kartki z życia Michała Choromańskiego, Poznań 1989, s. 64.
    Nb. ten szlafrok fioletoworóżowy to sweter. Zachowały się zdjęcia Witkacego, Jadwigi i Neny Stachurskiej w tym swetrze. Zob. E. Franczak, S. Okołowicz, Przeciw nicości, poz. 380. Fot Tadeusz Langier, Zakopane, 1937-1939
    Kaftan wspominał we wstępie do katalogu wystawy w Zakopanem z lipca 1959 r. Edmund Strążyski, a sam Witkacy pisał do Tymbcia-Strążyskiego w 1929 r.: "Tobie jednemu pozwoliłbym nosić taki kaftan w tygrysie pasy".

    (dodał Tomasz Pawlak)
sweter1sweter2sweter3
"dziwaczny fioletoworóżowy szlafrok" / "kaftan w tygrysie pasy" / papieskie kolory
(kolor dodał Wojciech Sztaba, czerwiec 2013)
  • Stefan Okołowicz uzupełnia:
    Witkacy miał dwa swetry nazywane też kaftanami w ekstrawaganckich, zwracających uwagę kolorach, wykonane przez matkę. W tych swetro-kaftanach występuje na licznych fotografiach, a Maria Witkiewiczowa na innych zdjęciach zajęta jest nieustannie robótkami podobnie jak Janina Węgorzewska w „Matce“. Józef Głogowski już po wojnie, narysował pastelami kilka portretów Witkiewicza odzianego w ulubiony sweter, posługując się swoimi słynnymi fotografiami wykonanymi w latach trzydziestych. Granatowo-pomarańczowe pasy swetra-kaftana dopełniają się kolorystycznie. W cieniach na rękawach występuje nasycony granat w świetle rozjaśniony aż do błękitu, a pasy pomarańczowe miejscami przechodzą w cynober. Głogowski fotograf – wzrokowiec z pewnością zapamiętał właściwe kolory. Jeden z portretów – na fotografii obok. Michał Choromański w „Memuarach“ równie barwnie opisał wygląd przyjaciela: "Witkacy paradował po Krupówkach w olbrzymim aksamitnym granatowym berecie i w swym znakomitym swetrze, utrzymanym w papieskich kolorach. Był to sweter w podłużne pasy liliowe i pomarańczowe. Witkacy z dumą powiadał, że w tym swetrze przypomina straż szwajcarską papieża." (Michał Choromański, "Memuary", s. 63-64)
    To, że Witkiewicz napisał do Strążyskiego (Tymbcia): "Tobie jednemu pozwoliłbym nosić taki kaftan w tygrysie pasy", dotyczyło chyba tylko męskiej części przyjaciół, bo właściciel kaftana otulał nim liczne zmarznięte w tatrzańskim klimacie damy. Swetry te wkładało wiele ulubionych kobiet, można podejrzewać, że więcej niż dokumentują okolicznościowe fotografie (Nena, Nina). Podobnie charakterystyczny beret Mistrza – jak widać również obiekt pożądania – lądował tajemniczo na głowach zachwyconych i dumnych kochanek (Nena, Czesia), co zdradzają fotografie w klimacie portretów typu Alcoforado.
    Pozostaje jeszcze drugi sweter. Jeżeli miałby być dokładnie w tygrysie pasy, to żółtawo-pomarańczowe i czarne. Też ciekawe zestawienie. Ale uwaga Witkacego „w tygrysie pasy" dotyczyła zdaje się pierwszego swetra, omawianego powyżej i miał on chyba na myśli zwłaszcza pręgi, a nie kolory? Więc w takim razie w jakich barwach był drugi? – kolejna zagadka, bo zachowały się tylko czarno-białe fotografie, a nie kolorowe
    .
Głogowski

Józef Głogowski, "Przerażenie wariata", 81x64 cm.
Ze zbiorów Stefana Okołowicza
watykan

Guardia Svizzera Pontificia 2005
Fot. Lucaok, źródło: Wikipedia
 
  • Sweter w poprzeczne pasy. Krzysztof Lipowski w artykule Sweter Witkacego, poświęconym przyjaźni S.I. Witkiewicza i Bronisława Wojciecha Linkego, pisze: "A wspomniany w tytule sweter? Został wykonany przez matkę Witkiewicza i był w poprzeczne pasy. Linke otrzymał go w prezencie od przyjaciela i nosił dość chętnie. Na jednym z przedwojennych obrazów, który się nie zachował, starannie odtworzył jego fakturę" - "Topos" 2009, nr 5 (108), s. 24. (dodał Tomasz Pawlak)
  • Od dawna podejrzewałem, że zagadkowy kaftan nałożył się we wspomnieniach na pasiastą łowicką piżamę, która tak Witkacego zawiodła przy entrée u Karpowicza. Potwierdza to impresja Konrada Winklera: "Pewnego razu odwiedziłem Witkiewicza z kolegą Wacławem Wąsowiczem [...]. Witkacy bawił wówczas chwilowo w Warszawie, mieszkając przy ul. Brackiej. Przyjął nas w swoim pokoju ubrany w piżamę uszytą prawdopodobnie z łowickiej spódnicy w jaskrawe żółte, zielone i czerwone pasy: coś niby z cyrku czy domu wariatów. Wacio Wąsowicz, który był sensatem nie lada i nie miał ani odrobiny poczucia humoru, ku uciesze mojej i Witkiewicza był tym widokiem nieprawdopodobnie zgorszony, toteż wizyta trwała niezmiernie krótko. W powrotnej drodze Wąsowicz nie ukrywał swego oburzenia z powodu owej niewinnej zresztą maskarady Witkacego..." Pamięć tej niewspółmiernej reakcji zdaje się uwierzytelniać wspomnienie.
    Źródło: Konrad Winkler, "Wspomnienie o Witkacym", w: "Stanisław Ignacy Witkiewicz. Człowiek i twórca". Księga pamiątkowa pod redakcją Tadeusza Kotarbińskiego i Jerzego Eugeniusza Płomieńskiego, PIW, Warszawa 1957, s. 316-317.
    (dodał Jan Gondowicz)
  • Księga osobliwości.
    "W sierpniu 1922 roku Leśmian wraz z żoną i córkami zjechał na parotygodniowy pobyt do Zakopanego [...]." Spotkał się tam z Zegadłowiczem i uradzili, by odwiedzić Witkacego. "Witkacy mieszkał wtedy w willi »Tatry« przy ul. Chramcówki. Zeszliśmy się jakoś [tj. Zegadłowicz z żoną i autor relacji, Edward Kozikowski] przed południem u Leśmiana i stamtąd pomaszerowaliśmy do Witkacego. Wpuszczono nas bez żadnego opowiadania się do obszernego dość pokoju. Wkrótce potem zjawił się i powitał nas Artur Maria Swinarski, który – jak się okazało – pełnił naówczas funkcję sekretarza Witkacego. Wynotowawszy sobie na karteluszku nasze nazwiska, wyśliznął się z pokoju, aby powiadomić o przybyciu naszym pana domu. Długo nie było go widać. Wreszcie objawił się i oświadczył, że Witkacy przeprasza, iż nie jest w stanie przyjąć nas od razu, ale właśnie bierze kąpiel i nie może przerwać tej czynności. Jeśli więc gotowi jesteśmy uzbroić się w cierpliwość, to ręczy za to, że najdalej za pół godziny przyjmie nas bez żadnych ceremonii. Porozumieliśmy się oczami i wyraziliśmy zgodę, bo cóż w rezultacie można było innego uczynić. Swinarski znów znikł nam z pola widzenia, by za chwilę wrócić, niosąc pod pachą dość pakowną księgę. – Oto księga osobliwości! – oświadczył uroczyście, uśmiechając się przy tym enigmatycznie – zawiera ona różne eksponaty związane z historycznymi wydarzeniami szczególnej wagi i osobami zajmującymi wybitne stanowiska w hierarchii społecznej i państwowej. Zaciekawieni zaczęliśmy przeglądać tę księgę. Czego tam nie było w tym podręcznym muzeum osobliwości! I kawałek rzekomej skóry z zabitego marynarza rzekomo z »Aurory«, i pęczek grubych, szczecinowatych włosów, reklamowanych w podpisie pod eksponatem jako wąsy marszałka Piłsudskiego, i guzik ukręcony Wyspiańskiemu przez Rydla, który w czasie rozmowy miał zwyczaj trzymania za guzik swego rozmówcy. Wreszcie na całej stronie olbrzymia żółta plama, a pod nią podpis: uryna z pęcherza Kazimierza Przerwy-Tetmajera. Już to kawalarz z Witkacego był niezrównany! Oglądaliśmy też owe zebrane eksponaty, zaśmiewając się z pomysłowości ich autora. Słyszeliśmy już o takim, który własnoręcznie wykonywał falsyfikaty muzealne i był kustoszem Polskiego Muzeum Narodowego w Rapperswylu. Ale Włodzimierz Rużycki de Rosenwerth czynił to w tym celu, aby zaspokoić głód posiadania co tęższych eksponatów, a Witkacy, aby zaspokoić głód kawalarskich zapędów, pokutujący w nim od lat najmłodszych. Wreszcie ukazał się oczom naszym sam Witkacy, pilotowany przez Swinarskiego. Nawiasem muszę dodać, że do przyszłego autora »Achillesa i panien« gospodarz zwracał się cały czas nie inaczej, jak per »panna Maria«." Utrzymana w ceremonialnym tonie dysputa, która ze strony Witkacego zmierzała do przekształcenia pisma "Czartak" w tubę Czystej Formy w teatrze, sprawiła, iż goście uciekli. " – Chodźmy koniecznie na jednego – domagał się Leśmian – muszę odświeżyć moją psychofizyczność, bo w »Tatrach« zatraciłem perspektywę widzenia, zupełnie jakbym znalazł się nagle w teatrzyku eksperymentalnym. To męczący kpiarz z tego Witkacego, a ojca miał do rzeczy! Trudno doprawdy z nim się dogadać!"
    Źródło: Edward Kozikowski, "Wspomnienie o Bolesławie Leśmianie", w: "Wspomnienia o Bolesławie Leśmianie" pod redakcją Zdzisława Jastrzębskiego, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1966, s. 135-137, 140. (dodał Jan Gondowicz)
  • Rzecz dzieje się w Kijowie, rok 1917. "Pewnego razu poznałem u Szymanowskiego mrocznego młodziana w mundurze praporszczyka. Nic nie gadał, milcząc o sprawach wzniosłych, a na kogo spojrzał badawczo, temu siniec pozostawał na gębie od tego spojrzenia. Wszakci to był Witkacy!"
    Źródło: Kornel Makuszyński, "Liście padają na grób", "Wiadomości Literackie" 1938 nr 1, s. 5 [numer poświęcony pamięci Karola Szymanowskiego] (dodał Jan Gondowicz)
  • "Demon Zakopanego", bo tak sam siebie nazywał, był nie mniejszą osobliwością lokalną niż Giewont czy Morskie Oko. Mój przyjaciel Antoni Sobański opowiadał mi bardzo zaintrygowany: "Ciekawe, kto to mógł być? Pan o cienkich nóżkach, sporym brzuszku i pięknej głowie, który w łaźni śpiewał kobiecym głosem angielskie piosenki." – "Za łatwe mi zadajesz pytanie – odpowiedziałem. – Oczywiście, to mógł być tylko Witkacy." Gdy przyjeżdżałem do Zakopanego, Witkacy wręczał mi tak zwany plan sytuacyjny: "Jeżeli będziesz siedział z Rytardami, to Malczewscy się nie przysiądą. Kapucha nie gra z Kornelem. Tymon nie siada z Pimkiem." Na drzwiach swojej pracowni wypisał Witkacy: "Gościu won! W razie gdyby mnie nie było w jadalni, jestem w kuchni." Jednym z piękniejszych wyczynów Witkacego była pierwsza próba wprowadzenia filmu mówionego. Wiadomo było, że już na świecie są kina dźwiękowe, a u nas za parawanem przygrywała na pianinie anonimowa paniusia. Byliśmy z Guciem Zamoyskim wszyscy trzej lekko pod gazem. Poszliśmy do kina. Witkacy objął w filmie rolę kobiecą i wykrzyknął piskliwie: "Ryszardzie, czy stłamsisz mnie i porzucisz z dzieckiem?" – "Nigdy – odpowiedziałem basem – nie porzucę cię, póki nie zgnije najdrobniejszy korzonek mego drzewa ginekologicznego." Prowadziliśmy dłuższą chwilę ten pełen napięcia dialog, gdy wreszcie zrobiła się awantura. Pani zza parawanu oświadczyła: "Albo ja, albo ci panowie." Wyproszono nas z kina przy czynnej pomocy miejscowego policjanta. Już przy wyjściu Witkacy nagle postawił sprawę na gruncie towarzyskim: "Pan sie nam nie przedstawił." Policjant stuknął obcasami i oznajmił, że nazywa się Pieniążek. Witkacy mruknął: "Witkiewicz", Gucio dodał: "Zamoyski", a ja, by nie obniżyć lotu, przedstawiłem się: "Sienkiewicz". Policjant był zgorszony i zasmucony: "To panowie mają u nas własne ulice, a nie potrafią się zachować w bioskopie."
    Źródło: Antoni Słonimski, "Alfabet wspomnień", PIW, Warszawa 1989 (wydanie drugie, nieocenzurowane [pierwsze - 1975]), s. 258-259. Nb. uwaga o cienkich nóżkach to złośliwość autora – Witkacy słynął ze wspaniałych łydek. (dodał Jan Gondowicz)
  • "Było to bodaj w 1937 roku; głównie z inspiracji Nałkowskiej spotykaliśmy się na piętrze jednej z kawiarń [warszawskich] i konwentykle te zyskały nawet nazwę: Klub Stu. Przychodzili niekiedy interesujący ludzie, zjawił się kiedyś Witkacy. Zjawił się, ale nie uczestniczył w ogólnej konwersacji.
    W pewnej chwili to jego wyodrębnienie zaczęło wszystkich niepokoić. Ktoś odważny spytał: dlaczego pan pozostaje tak jakoś z boku naszej rozmowy? Witkiewicz po namyśle odpowiedział: »Kiedy na was
    p a t r z ę, chciałbym być jak najbliżej drzwi«. I właściwie zawsze był taki, jakby chciał wyjść z pokoju,
    z Warszawy, a nawet wyjść w o g ó l e."

    Źródło: Stefan Otwinowski, O Karolu Irzykowskim, w: Klerk heroiczny, opr. Barbara Winklowa, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976, s. 372-373. Klub Stu (Jan Kott, Ryszard Matuszewski, Włodzimierz Pietrzak, Jan Nowak-Jeziorański i in.) zbierał się w Kamienicy Baryczków na Rynku Starego Miasta. (dodał Jan Gondowicz)
  • "Witkacy twierdził pod koniec życia, że ze wszystkich narkotyków pozostały mu już tylko trzy bomby piwa na czczo."
    Źródło: Kisiel [Stefan Kisielewski], "Sałatka świąteczna" [1952], w: "Rzeczy małe", PAX, Warszawa 1956, s. 492. (dodał Jan Gondowicz)
  • Pokój do wynajęcia.
    Anegdota o Witkacym w prasie warszawskiej

    Legenda Witkacego jako „kpiarza spod Giewontu” zawitała na strony prasy codziennej, chciałoby się rzec brukowej, i to jeszcze za jego życia. 19 marca 1933 roku, warszawskie „Nowiny Codzienne” (nr 87) – donoszą obszernie o procesie Gorgonowej. Któraż zresztą z ówczesnych gazet tego nie robiła? Jeden rzut oka na materiały zawarte w czasopiśmie pozwala stwierdzić, że akurat ten tytuł ograniczał się prawie wyłącznie do sensacyjnych informacji1. Po zapoznaniu Czytelnika z krwistą i kryminalną rzeczywistością świata, łaskawa Redakcja pozwala na chwilę odpoczynku i prawie całą ostatnią stronę poświęca na anegdoty pod zbiorczym tytułem: Niedziela na wesoło (numer wychodzi w niedzielę). A wśród licznych anegdot o dość niskim poziomie znaleźć można takową:

    pokoj

    Cóż – brzmi w stylu Witkacego. Witkacy jednak miał zwykle gdzie mieszkać w Zakopanem – u Karpa, czyli Stanisława Karpowicza, właściciela hotelu „Sport” i znanej restauracji „Przełęcz”, raczej przebywał w celach towarzysko-konsumpcyjnych. Co zresztą zostało odnotowane zarówno przez badaczy dziejów Zakopanego2, jak i przez „wrogów” Witkacego z tamtych czasów. Świadczy o tym passus z listu Witkacego do żony: „Fala plotek i nienawiści rośnie wokół mnie. Mówią np., że w żółtym berecie cały dzień chlam u Karpowicza”3. Lokal był godny – wszak nie bez kozery Witkacy tam właśnie miał uroczystą kolację po ślubie z Jadwigą Unrużanką, 22 kwietnia 1923 roku. Przyjaciele – choć nie wszyscy wiedzieli, że ślub się odbył – bawili się ponoć cudownie…
    Tomasz Pawlak , marzec 2013

1 Cały numer zob. Biblioteka Cyfrowa Uniwersytetu Warszawskiego
2 Zobacz, Drogi Czytelniku, chociażby biogram Karpowicza w: M. Pinkwart, J. Zdebski, Nowy cmentarz w Zakopanem. Przewodnik biograficzny, Warszawa–Kraków 1988, s. 62 (tam także o kontynuatorze dzieła Karpowicza, jego potomku – Adamie Tadeuszu).
3 List z 4 II 1929, zob. S.I. Witkiewicz, Dzieła zebrane [Tom 20:] Listy do żony (1928–1931). Przygotowała do druku A. Micińska, opracował i przypisami opatrzył J. Degler, Warszawa 2007, s. 60 (list 293).
  • Franiu, trochę trocin!” Anegdoty Sterna o Witkacym
    Anatol Stern – ten futurysta, który za swoje artystyczne wybory musiał zapoznać się z niewygodami więziennej pryczy – wspominał Witkacego w 1959 roku na łamach „Przekroju”,
    nr 719, s. 5
    cały numer w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej
    Redakcja podała, że tekst ten (oraz szkic o Stefanie Jaraczu), któremu nadano tytuł: Udręczeni, jest nadesłanym fragmentem książki wspomnieniowej, mającej ukazać się niedługo jako Kolekcja dusz.
    Kilka anegdot Sterna podanych w szkicu Witkacy, czyli Wielki Wtajemniczony podaję obok.

    PS. Szkic ukazał się drukiem dopiero po dziesięciu latach, w książce, która nosiła inny niż planowany tytuł: Legendy naszych dni (Kraków 1969).
    Przypomniał i postscriptum opatrzył: Tomasz Pawlak
wtajemniczony
  • Uslyszana dawno od Keta Puzyny:  
    Klient Firmy Portretowej długo przyglada się swemu portretowi i konstatuje:
    - Nie jest to arcydzieło sztuki.
    Na to Witkacy:
    - Bo i model nie jest arcydziełem natury.
    (dodał Janusz Degler)
  • Maria Wilczkowa wspomina spotkanie z Witkacym w Zakopanem:
    Przechodząc koło kościoła, przeżegnałam się, a p. Witkacy zdjął czapkę z głowy. Gdy mu zwróciłam uwagę, że nie jest takim ateistą, za jakiego uchodzi, odrzekl: "O, ja zawsze jestem pełen szacunku dla starszych panów, ja im się kłaniam, ale im ręki nie podaję".                 
    (zob. Listy do żony (1932-1935), przypis 5 do listu 872, s. 566)
  • Wizytę Witkacego wspomina Zofia Chmielewska:
    Czekamy w lekkim napięciu. Dzwonek! Janek otwiera. Na tle ciemnej sylwetki Witkacego rysuje się postać niewysokiego blondyna.
    - Witam, witam! - mówi Witkacy - Czy państwo mają w mieszkaniu łazienkę?
    - Łazienkę? Tak...tak..mamy - slyszę drżący głos Janka.
    - To świetnie! Bo właśnie mój przyjaciel chciałby się u państwa wykąpać. Przedstawiam pana...   - niestety, nazwiska nie  zapamiętałam.
    - Ależ prosimy bardzo! Z przyjemnością przygotuję panu kąpiel. Musi pan tylko trochę poczekać.
    Plącze mi się w głowie coś o wzniosłości i śmieszności. Ale to nic! Nie dam się! Myję z pasją wannę, kręcę kurkami, wydostaję ręczniki. Wypadam na chwilę do kuchni i zalewam wrzątkiem herbatę. [...] Gość się kąpie, a ja w kuchni doprowadzam się do porządku. Wchodzi Janek ze speszoną miną i stawia na stole szklankę herbaty czarnej jak smoła.
    - Co to? - pytam. - Witkac nie chciał pić?
    - Powiedział, że pije tylko mocną herbatę. Weź cały zapas i wyciśnij z niego choć kilka kropel narkotyku.
    Czyściutki, zaróżowiony blondyn podziękował pięknie za kąpiel i wreszcie opuścił nasz dom. A ja nareszcie siadam na wprost Witkacegoi i...od razu ulegam nastrojowi - to emanuje jego osobowość.
    (Wizyta, "Przekrój" 1977, nr 1706/1707, s. 30)
     (dodał Janusz Degler)